|
Wasyl Machno
34 wierszy o Nowym Jorku i nie tylko
***
Petrowi Morozowi
ukrainski poeta
musi pisac rymowane wiersze
a goncie sie...
ciagnac na sobie zolwi ciezar wykrzywionej historii
choroby z podejrzeniem o alkoholizm
choc mozna o 12 w nocy wpelznac do muszli pracowni
przyjaciela i pic z nim do rana zagryzajac zapachem swiezej olejnej farby
i blejtramowych trocin
zapomniawszy zadzwonic do zony, ot tak, na wszelki wypadek...
rano sterczec pod sklepem, razem z wronami przyszytymi czarnymi guzikami
do palta sniegu
i jak dadaista cwiczyc z rdzeniami slow dochodzac do pelnego absurdu
– alkohol sprzedaja od 11–tej –
wiedziec ze estetyka trojkatnych kol i eliptycznych kwadratow zamknie
sie w czarnym kwadracie
– a w oczach czernieje naprawde
czytac fachowa literature na temat alkoholizmu
– i dziwic sie ilu naszym sie nie powiodlo
przypomniec sobie ze szewczenko tez byl...
i dzieki temu porownaniu pol godziny byc szczesliwym
nie przywolujac:
baudelaire’a – kwiaciarza
verlaine’a – rimabuda – paryskich cyganow
eliota – bankiera ziemi jalowej
pounda – komentatora radiowego i psycha
(wedle przekonania amerykanskich wojskowych)
na rzekach babilonskich niczego juz nie wysiedzisz
- bo nie jestes kwoka –
na brzegach sieny: 14 tysiecy malarzy namaluje na sprzedaz
gioconde: naga czy z broda – bez znaczenia
byle nie poznal jej da vinci – on nie slyszal o copyright’ie –
w miedzyrzeczu hudsonu i east river – poeta w nowym jorku – golab niebieski –
wiesz z ostatnich doniesien ze 138 tysiecy narkomanow trzy razy dziennie zajmuje sie igloterapia –
a homoseksualisci i lesbijki – bracia i siostry milosierdzia – miloscia do blizniego
a zydzi czekaja na mesjasza
coz pozostaje
niesplacone dlugi
wezwanie do sadu
bilet do belgradu
– pioro – papier
– zaschly atrament – czarna krew komputera –
i to narkotyczne uzaleznienie od zapisywania slow
– kiedy morfologia podobna jest do morfiny –
nie boisz sie przedawkowac?
- pytaja –
bo kochaja sie w sztuce jednorazowych strzykawek
z zaschnieta ludzka krwia
O zimie i pisaniu listow
piszac list – na adresata wybrawszy ocean – i mewie pioro cienkie
maczasz w soli co rosnie w wodzie – ktora mowi nam o wszystkim
nawet da sie wyczuc ten telegraficzny styl – ktory pietnem
plonie w zwierzecym wzroku – Gwiazda ktora nasienie piasku odniesie
na kilka mil – niezaleznie od tego ile lat bedziesz czekal az ktos
z innej strony – z innych lat spisze kronike zim i ilosc jedzenia
nawet w ostatnich dniach z artykulow w gazetach zrobi rejestr i do–
pisze swoja nieumiejetnosc czekania – styl pisania oskarzy – a ty:
styl mowienia do wszystkich ktorzy nie nauczyli sie mowy ryb – mowa gryzoni
ich ruchami – lasem ogonow – slina z jezykow im cieknaca
mowic ci o soli i owocach – zamknawszy szuflade snow
co rozrywa slowo i dzwiek – slodsza od czerwonych latarni morskich owocow
co sokiem lepkim sciekaja w zaglebienie – milosnym potem – owocem
i drza z satysfakcji – On lezy jak zwierze – ocean – i ty
przy jego siersci Z okolic domostwa – zdaniem bez przecinkow i kropek –
w sandalach na bose nogi biegnie piesn miejscowego autora – i miedzy tym
wszystkim dopisujesz pierwsza czesc w nieladzie z winem
przychodzi dziewczyna z sasiedztwa co zna wiecej imion oceanu
i soli ktora lize jak karmel – niz ty zeszytow ze slowami zmeczysz – pory
roku mijaja – zima nie byla najciezsza – gnije zacisze nieme
drugiej czesci nigdy nie zaczniesz – bo: 1/ kwasne wino 2/ cena pior idzie w gore
o czym masz pisac? O zimie bez sniegu – o drzacych rak chlodzie
o ksiazkach przez zime spalonych – o popiele z nich – na granicy za ktory
zaplacisz bo tam nie uwierza – ze lepiej spalic – niz oddac drukarzowi
tak wiec polzycie posrod piasku i soli – krzykliwych kobiet – wody
zwierze co z pietnem – przychodzi – jak zielony pagorek ognia i roslin
milczac wino i atrament zlize z podlogi – zniknie jak przeciag – jak dym papierosowy –
znowu czekac na zime – i slowa zeby slowa przyniosly
***
w cieplym futrze nowego jorku – soho mordka lisia
miejscowa kolonia mew pilnuje kolejnosci przyplywow
i obecnosci pejzazy – z ktorych kazdy z nicosci wynika
jak mysli flamandzkie malarstwo – pokrzepiony piwem
siedziec nad morzem – w kawiarni ktora zamykaja na zime
zimowy okres najdluzszy – w to wierzy mewia orkiestra
moze to ona skomli – moze to rybak szymon
rozwiesza sieci – smoluje lodzie – i stale mu przeszka–
dza – kudlaty pies i moze ten rybak i ma na imie szymon – moze
zapomnisz go o to zapytac – bo mewy siadaja na pirsie
i ich papierowa muzyka – i drzewa skrzyp – i wyszczerbiony nozyk
ktorym otwierasz malze – czyscisz ryby – jest tepy
zima – to powiesc z dalszym ciagiem – cieplego futra runo
niedbalstwo ziemskiego zycia – rzadkow kursywa
kodeks praw – czytanie ktorych jest stymulatorem choru
i twoim – by patrzec dookola na to co zbyt estrade przypomina
zadne twe najmniejsze doswiadczenie co splata zime z ziemskim
doswiadczeniem poczucia ciaglosci od dodawania przyplywow i lat
niczym cie nie pocieszy – i bedzie tylko jednym
skladnikiem – ktory przypadkowo w siec wpadl
szymona – czlowieka co pilnuje kawiarni – na nogach codziennie
chleba pokruszy mewom – przeklina zime
nie czyta wierszy – tylko psalmy – mnich albo i pewniej
po prostu milosnik mew – co zreszta takze minie
Kronika wedrowek mrowek – bibliofilow
Pierwszego dnia zauwazyly wielki pagorek gdzie posrod brazowych linii
bielaly stosy cukru
i wszystkie ruszyly do szturmu na pagorek
Innego dnia – pagorek sie otworzyl – biala plaszczyzna sie zwiekszyla
i latwiej bylo sie wspinac – niektore dochodzily do bialego plaskowyzu
ale okazalo sie ze biale wcale nie jest slodkie – do tego poryte czarnymi
znaczkami – z poczatku pomyslaly ze to grobowiec ich rodzicow i
poprzednikow
ale pozniej – ktos ze starszych ich rodu temu zaprzeczyl
ktoregos z kolejnych dni przewazajaca wiekszosc mrowek – porzucila zlote drukowane litery
i cieleca skore ktorej uzyto do oprawy tego wydania
– szczegolnie nie spodobal im sie zapach –
i ruszyly do kuchni gdzie zawsze mozna bylo czyms sie pozywic
i tylko kilku wloczegow zostalo tam
zeby ogladac dziwne znaki podobne do nich samych
rudych mrowek – jakby musniete cienkim pedzelkiem
chinskiego kaligrafa
i kiedy zatrzymaly sie na slowie Ant
ktos, kto bardzo sie spieszyl – zamknal ksiazke
i postawil na polce
i niemal za rok powrocil do tej ksiazki i do tej strony:
od razu zauwazajac ze po lewej od slowa Ant
blyszczy kilka zlocistych plamek ktorych nie da sie zetrzec
to byly dusze tych smialkow
na stole – jak zawsze – bielaly krysztalki cukru
i zadowolone mrowki z predkoscia swiatla uciekaly gdzie popadnie
La Mama
La Mamo –
off broadwayowska kurwo
– siostro aktorow –
– macocho rezyserow –
- dziwko z okolic placu swietego Marka –
na czerwonej cegle twojego ciala twoi widzowie
pozostawiaja graffiti – jak zapisy w ksiedze gosci –
bardziej zlozone niz chinskie hieroglify
i prostsze od najprostszych wierszy
przelykiem korytarzy prowadzisz nas
aby ugotowac w swoim zoladku
bysmy byli Jonaszami w wielorybie –
kantorami grotowskimi i serbanami –
glosnymi buriackimi bebnami
ktore rozmawiaja tylko po rosyjsku
Od jakiegos czasu milczysz LA MaMo
swiezo pomalowane sciany i skrzypiace drewniane schody
mowia wiecej – niz twoi aktorzy –
ktorzy pozakladali maski
i zaszyli sobie usta bialymi nicmi
Ze zwiazanymi rekami i nogami
staja sie labedziami
ktore plyna z rosy anielsko–swielistego pylu projektora
na biale plotno i zabielaja go – jak mleko kawe –
i wszystko staje sie biale
i juz jest niewidoczne to plotno takie biale
czy takie biale labedzie
czy juz nadeszla zima – czy tylko nadchodzi –
czy to wycisnieta farba z tubki –
czy to biale nici ktorymi pozaszywali usta aktorzy
ktorych pozaszywaly biale kokony
czy kiedys wyfruna jako motyle?
La MaMo – mloda owco z czerwonymi smoczkami
posrod wlochatej szorstkiej siersci
pachniesz swiezym mlekiem poloznicy
ktorego srebrne krople
nie nasyca nikogo
przeciagasz sie
i kazdego ranka lizesz
swoje owieczki
ktore przytulily sie do smoczkow
i pala lekkie narkotyki
bo chleb powietrza w okolicy
- posypany indyjskimi korzeniami –
ktorych ostry zapach
przyciaga miejscowych zen buddystow
tybetanskich mnichow
i pacyfistow
A teatromani
pija twoje owcze mleko
okutuja sie twoja drapiezna sierscia
i drapia twoimi paznokciami
po szkle
i nie uswiadamiaja sobie
ani swego miejsca na scenie
ani tego ze sa twoimi owieczkami
ktore poczelas
po trzecim dzwonku
O Apollinairze
mimo wszystko snieg nazywamy fletem – tym ktory z fletow mo–
wy – najciensze zdzblo – i najglebsza studnia dla ukrycia
dzwiekow – dla trab miedzywojennej ciszy ktora tak polubil pod
porucznik: i zolnierzom kaze sie nauczyc tej rzeczy wojskowej
ale dla zolnierskiej sprawy – nie flety wina – czy surmy
i leci – niby aniol na niebie samolot – i rozrzuca piora
jastrzebiej ofiary – zawiniety w biel – jak wyciety – arkusz mroku
w znoszonym ciele fletu nerwowo zalepia dziury
moze w muzyce co miedzy srebrnym i miedzianym – co snieg i woda
wyplywa zaglem – smolistym dnem okretu –
podporucznik zapomina rozkazy – marzy – zakwita migdalowe
drzewo i zolnierze – jak snieg – po wsi za portweinem sie rozeszli
podporucznik marzy sniac – jest ranny w glowe – apollinaire'a
zawiodla pamiec – w koncu o sok z kiszonej kapusty poprosi
lecz chlopow tutaj nie ma – aniol smierci w drzwiach – drzwi otwiera –
on oczy zamknie – wstapi w muzyke – piora zdmuchnie i w lodzi
odplynie po rzece – a zolnierze w tym czasie portwein przynosza juz–
i zasmuceni siadlszy przy pagorku – pod namiot wbiwszy w ziemie rusznice
wyciagaja z kieszeni suchary – i zapijaja winem – smutek – i sur–
realizm – smierc juz tutaj – bo dookola wrony i lisice
Rumunska idylla
pilnuja owiec – uwijajace sie wokol – owczarki
pasterze popijaja wino i cytuja Nikite Stanescu
a cyganski baron – jego cierpliwosci przebrala sie miarka –
kloci sie z kobietami – odsunawszy reka
talerz z owczym serem W knajpie cyganskie zamieszanie
i sprzeczka Przy stacji paliw benzyna pachnie jak narkotyk
podgorskie miasteczko: wozy i mercedesy – Szczekanie
uspokaja wszystkich – auta zapuszczaja motory wozy ruszaja z turkotem
Mezczyzni z winem siadaja do kolacji
czytaja stoleczne gazety i slychac Ioooonie przenikliwe
prawie paryska kawiarnia z teatrem absurdu Ionesco
i lysa spiewaczka – jak wampir w burdelu – jeczy i wyje
mezczyzni i kobiety – to pozostalosc po wojsku cezara –
i paryzanke Chanel kopiuja bukaresztenskie slicznotki
– jak z kubanskiego cygara –
dym owija gory – jak w szynel owija sie wartownik
kraj w jarzmie zielonej smierci – i gor – wzdetych – jak zoladki –
pod lukiem Triumfalnym tysiace bezrekich muzykow
smyczki tna powietrze – i prawoslawni duchowni –
i w zamku Drakuli waskie przejscia i przesmyki
wino ktore pija poeci i pasterze nazywa sie Murtaflar
glosy ktore spiewaja piesni nazywaja sie Maria Tenase
i w oczach sennych psow odbijaja sie reflektorow swiatla
– jak wino o ktorym zapomnial cezar – i ktore zaschlo w szklance
w tym teatrze absurdu co zna zielona smierc dobrze
gdzie pasterze – jak wersy Ewangelii – cytuja Stanescu nieraz
w piatek – lysa spiewaczka – a w czwartek Nosorozce
i luk Triumfalny w rowie sie poniewiera
jak poeta z rozprutym brzuchem ktory przytrzymuje sobie kiszki
i jezyk aniolow przekazuje kazdemu bez wzgledu na wielkosc ucha
pasterze cos ocala – nawet jesli nie wszystko –
od owczego sera odganiajac muchy
Pozegnanie z zima na brzegu Atlantyku
myslec o zimie – to wytrzasac z kieszeni
rybie resztki dla mew – ich ozlocone pletwy
bo bok ich przy oceanie – jak u nocnych motyli
co mrok wypalaja zeby do zrodla slow sie zblizyly
sam sobies wygnanie wsrod malzy przepowiedzial
kupiwszy bilet jakiego Owidiusz nigdy nie mial
teraz pozegnanie z zima na kult zamieniwszy
siedzisz piatej strony szukajac na tej plazy brooklinskiej
i wyciagasz papierosa z paczki – i gasisz w wodzie zapalke
latarnia morska – za kurtyna dymu – blysnela – i znikla raptem
roza ktora rozkwita jej purpurowy blysk
jak w norze swojej plonie futrem niebieski lis
w nieladzie z dniami i wierszami szarpiesz siec wody
i poziewujesz od tego: ze zgnile sa ziemskie plody
ze wiatr z poludnia na zachod goni po mokrej szosie
te oszalale auta – i w jedna strone je znosi
ze czasami sam dla siebie zostawiasz te pletwy
ukladajac mozaike czasu na dloni reki cieplej
i muszle przez twoj ocean przy brzegu porozrzucane
rosna daleka latarnia bo on ich jest gospodarzem i panem
wiecznosci tu nie brakuje brakuje tylko groszy
fal oceanu znowu sie namnozylo – jak myszy
w nieurodzajne lata – i tys ich samotnym pastuchem
lecz nie wiesz nic o ich zyciu nic nie wiesz o ich ruchu
powietrze nabiera zapachu w ktorym obecny jest jod
i jest w nim jakos obecny takze Francois Villon
pija piwo ze mna rowniez Zadura i Szuber
i te grupe jakis miejscowy Hieronim Bosch maluje
no coz pozegnales zime i morskiej latarni szkarlat
w wiecznym miescie aut wulkaniczna rzeka znowu cie zagarnia
i w labirynty wygnania i samotnosci unosi z soba i dalej
plyna elektroniczne listy jak atlantyckie fale
***
9/10
nigdy nie zostanie napisane i powiedziane
tylko przemyslane
oprze sie o futryne
kawiarni
po hucznej biesiadzie z przyjaciolmi
kiedy znani na pamiec Li Bo i Du Fu
znikajac w kolach papierosowego dymu
zabrali sie do chin
przez okno hieroglifu
dokad jak nie do domu
a trzeba isc do domu
i tak ciezko wstawac rano
i myslec o
9/10
1/10 ktora
napisana albo mysl o napisaniu czegos
jeszcze cie grzeja
jak mocna wodka
ktora wlales w siebie
pokonujac sprzeciw organizmu
zacisnawszy zeby
wachasz cytryne i mowisz: weszla
1/10
zostanie na serwetkach
na strzepku gazety
na mankiecie bialej koszuli
na zmietej paczce po papierosach
dla:
smietnikow
zamiast chusteczki do nosa
dla maszyn pralniczych
i mysich odchodow
9/10 i 1/10
to proporcje
ktore stale prowadza cie
niby slugi
albo mysliwskie psy
ktore warcza
na twe metafizyczne lisice
ktorymi ozdobiles
tyle wierszy
te psy – 9/10 –
stale poluja na lisice – 1/10 –
nie daja im pokazac sie z nor
a jeszcze grawitacja czasu
scisnie liczby przykladowo z 1/10 do 0,01
i tylko mysi pisk
i ich fizjologiczna potrzeba czestego wydalania
zostawi slad na twoich rekopisach
ktore – oczywiscie nie plona –
ale lepiej zeby splonely
nizeli staly sie miejscem
ekskrementow
tych sympatycznych stworzen
na ktore zastawiaja pulapki
i twe przestraszone lisice
przelatujace nad miejscem
swego strachu
beda machac ogonami
i wzburza powietrze
odganiajac myszy
od pogryzionych ksiazek
i od miejsca
ktore przesiaklo
dymem i plwocina
lisice poderwie
zachodni wiatr wyzej i wyzej
az zupelnie
znikna
pociagnawszy za soba
ruda nitke
ostatniego slowa
Kapelusz Nikity Stanescu
Czarny kapelusz Nikity Stanescu przypomina czarnego ptaka
ktory wyfrunal z gniazda kiszonej kapusty jego jezyka
i krazy nad glowami poetow
Radomir Andrycz nosi ten kapelusz – jak dzban wody na pustyni –
trzymajac ptasia noga kapelusz (bo jest ptakiem) w jednej rece –
a druga ogrzewa przezroczyste cialo rakiji
i powoli opowiada o sredniowiecznych czasach Serbii
Kapelusz Nikity Stanescu – przymruzywszy oczy – zlozywszy skrzydla jak cherubin –
cicho drzemie –
kapelusz przywykl do opowiesci Andrycza i dlatego moze odpoczac
pilsniowa tkanina przepasana czarna wstazka zaloby
– czarna mowa smierci –
poeci rozmawiaja tym jezykiem – pisza w tym jezyku i po smierci sie staja
czarnym brokatem tego jezyka
dlatego Nikita Stanescu siedzi z nami w karczmie i pije czarne wino
ale niczego nam nie mowi i dla wielu jest niewidzialny
dlatego niektorzy nie wiedza ze siedzimy obok niego
bo widza tylko czarny pilsniowy kapelusz
chociaz kilku wtajemniczonych wie ze szelesci kukurydza
to jest to szelest jego cherubinskich skrzydel
niczego nie mowi nam juz Nikita Stanescu
jego kapelusz staje sie: to lwem – to wolem – to orlem – to aniolem
i dzieli nas zolty mocz jesiennej kukurydzy
i czarny brokat cherubinskiego skrzydla
i zamotane usta aniola
chca nam cos powiedziec
ale bialym wapnem powietrza ochlapuja nam uszy
i wiemy tylko jedno:
– pic czarne wino –
bo nam nie wolno sluchac tych slow
Syn marnotrawny
jak w ewangelicznej przypowiesci – ktora wlasnie czytaja w wiejskim kosciolku –
ojciec wybiega na spotkanie synowi i kaze slugom by go przebrali i zabili jagnie
mnie musi swiecic choc slabe swiatlo w ktoryms z okien na szostym pietrze
jednak jest ciemno – nikt nie czeka: albo posneli – bo wlasnie minela polnoc – albo gdzies pojechali
i kluczy nie zostawili u sasiadow
moze pojsc do najblizszych przyjaciol: tak milo mnie przyjmowali na nocleg kiedy jeszcze
nie byli zonaci i tak wdziecznie sluchali moich wierszy
jednak na granicy skonfiskowano mi notatnik (walka z terroryzmem) a nie znam ani
adresow ani wierszy na pamiec
kiedy czytaja ewangeliczna przypowiesc o synu marnotrawnym w wiejskim kosciolku
ktos musi odczuwac najbardziej piekace slowa
i stac na dworze z odkryta glowa
na ktora pada snieg
Jazzowa wariacja
o mamo afryko
czarna afrykata drzy twoja jazzowa
wymowa w ulewie dzwiekow – w wieloglosowosci –
– cichych sniegach Kilimandzaro –
ze sloniowej kosci saksofonu wyplywa tesknota spirituals;
pomyjowym dolem harlemu – smrodem porzuconych budynkow –
wilczymi jagodami twoich dzieci
z nienasyconymi brzuchami wiecznego glodu
zawsze ciezarnymi twoimi corkami
o mamo afryko
czarne oliwki twoich oczu – czarne deszcze wlosow
twoje corki dorastaja szybciej niz dojrzewaja owoce
opadaja szybciej niz one –
jak srebro ozdob – ubieraja sie w odziez milosnego potu
ich taniec pulsuje strwozona zylka
zgrzytaniem zebow i skrzeczeniem lawrence’owskiego zolwia
twoja muzyka – o mamo afryko –
napelniaja sie ciala roslin i zwierzat
ona jest w ryku sloniowych trab
i ciurkaniu komarzych orkiestr
jekach jastrzebiej ofiary
wyschlym badylu mikolajka
glosnych uderzeniach po napietej bawolej skorze
piecze – jak zdarta z bawola skora –
srebrne gardziolka twoich spiewakow
plosza rozpalone suche powietrze
i zwracaja je jak ptak ktory karmi przetrawionym szarym miesem swoj pomiot
o mamo afryko
twoj postarzaly jazz i twoja ciemna mowe zycia
slysze w podziemnym przejsciu przewiewanym przez wszystkie atlantyckie wiatry
przesolonymi dzwiekami melodii saksofonu jaka wydmuchuje
twoj bawelniany syn
kiwajac sie raz za razem
przebiera guziki instrumentu jakby luskal kukurydze
wydmuchuje melodie twej wiecznej i niezrozumialej tesknoty
o mamo afryko
O Hamlecie
Hamlet przechodzi z teatru do teatru
(zapewne to kwestia konfliktowego charakteru)
zostawiajac oslowatych rezyserow
w kompletnej rozterce
czy tak czytac ten monolog
czy tak nie czytac
ich wskazowki wprawiaja w pomieszanie aktorow
aktorzy wprawiaja w pomieszanie widzow – ktorzy tez usiluja zrozumiec
skad przychodzi duch Ojca – co zmarly krol mowi synowi
dlaczego zdrada jest taka sliska – jak zmija –
czemu biedny Yorick jest szczesliwszy od tych
ktorzy patrza na jego czaszke odsunieta przez but Hamleta
no coz glupota ludzka – przechodzi wraz Hamletem
z teatru do teatru
plodzi –
:pulki rezyserow
:dywizje aktorow
:armie widzow
idiotyczne komentarze szekspirologow
i recenzentow teatralnych
i nie da sie tego przezwyciezyc
1/ ofelio – dziewczatko z przedmiescia – siadlszy na brzegu oceanu – dodaje przyplywy watpliwosci – i odejmuje odplywy pewnosci – na pewno pomyle sie w podsumowaniu jako ze nie znam matematyki – nigdy nie wierzylem ze miecz: przedluzenie zycia a zdzblo: przedluzenie smierci – ze anioly niebieskie kiedy zbieraja sie w gromade przypominaja przyrodnie rodzenstwo – czym sie maja dzielic – czyim losem?
2/ kwiat ofelia – harfa ofelia – jeszcze nie wymyslilem tekstu ktory ochroni jej cialo i jej glos – w sztuce tego nie ma – dlatego tak nerwowo dospiewuje swa piesn – w ktorej dziela los anioly
odbyla sie premiera Hamleta:
gazety z recenzjami wykorzystaly to jak trzeba
miasto: mowi ze zmadrzalo o jedna setna hamleta
aktorzy: ze zagrali role zycia
ofelia: ze sie uwolnila i przemienila w glos
rezyserzy: ze im juz nie uda sie powtorzyc takiej wynalazczosci
wyobrazni (bo czymze jest teatr jesli nie wynalazczoscia wyobrazni)
i tylko pijani rekwizytorzy uwazali ze za duzo smieci:
za duzo aktorow – za duzo niedopalkow
za duzo slow
o slowach
premiery nie widzieli
i watpliwe czy kiedys zobacza
wchodza do teatru przez kotlownie
poczerniali od wodki
ale tak czy owak
byc albo nie byc?
Fotografia 1969 roku
Do fotografii trzeba bylo sie ostrzyc
– tak uwazal dziadek i cala rodzina –
Dlatego prowadzili mnie do sasiada – ktory rozmawiajac z dziadkiem – wynosil z domu stare krzeslo
Starannie przecieral je dlonia – przeganial kury
i sadzal mnie – krzeslo bylo wysokie na cienkich nozkach i moje nogi hustaly sie nad ziemia –
fryzjer mowil ze to krzeslo ktos przywiozl z Wiednia a moze z Krakowa kiedy wracal z
z roboty w Niemczech – po pierwszej wojnie.
Wyjmowal owinieta w biale plotno maszynke
kilka razy naciskal srebrne raczki – grzechotaly metalowe czesci –
cos przedmuchiwal – rozczesywal mi wlosy i zaczynal strzyc:
czy ta maszynka byla nienasmarowana czy on tylko udawal wprawnego fryzjera
ale kazdego razu kiedy – jak jak jastrzab – zanurzal sie w moje wlosy
lzy mi stawaly w oczach bo nie mozna bylo wytrzymac skubania tej maszynki.
Gdzies po 15 minutach – gdy mnie juz wymordowal – pozwalal wstac i pomacac ostrzyzona glowe –
Wtedy byla taka moda: wystrzygali wszystko – zostawiajac kosmyk wlosow – ktory nazywali “grzywka”
wokol wiedenskiego czy krakowskiego krzesla lezaly zestrzyzone pasma w ktorych juz papraly sie kury.
Wiedzialem o fryzjerze niemal wszystko: i ze zostawil pierwsza zone – i ze potem zrobil dziecko jeszcze
komus ze swojej wsi –
i ze do naszej przybyl niedawno – ozeniwszy sie z podstarzala panna – u ktorej byla tylko stara babcia – a panna nie cieszyla sie dobra opinia.
Dlatego nie lubilem strzyc sie u niego, ale dziadek uwazal go za dobrego fachowca.
Dziadek zaprasza go na sto gram, bo pieniedzy za cos takiego nikt nie bierze
a jego nieladna – ale juz w ciazy – zona zapowiada zeby babka przyszla nawlekac tyton.
Za szyja mam pelno przyczepiajacych sie wlosow i przez ten caly czas opuszczam ramiona i je strzasam dlonia.
W niedziele po goscinie – wychodzi na podworze nasza blizsza i dalsza rodzina – na fotografa czekalo sie dlugo – spoznil sie i byl nie calkiem trzezwy – Wszyscy z rodziny stoja jedno kolo drugiego – nadzwyczajnie powazni – swiatecznie ubrani i pilnie patrza w oko aparatu – kilka ujec – i gotowe.
Ale moja babka krzyczy do fotografa ktory wlasnie zbieral sie juz do odejscia: trzeba jeszcze sfotografowac malego.
I mnie czesza – poprawiaja kolnierz koszuli – dziadek zapina guzik az pod szyja
cala rodzina radzi gdzie lepiej stanac
prostuje rece– jak zolnierz – – wstrzymuje oddech – gotowe: mowi fotograf.
I czeka az zaprosza go do domu na litkup.
Na kazdym zdjeciu z dziecinstwa bylem podstrzyzony i pachnialem woda kolonska.
Koniec lat 60:
wlasnie wtedy rodzice sie rozchodzili – zdaje sie ze to bylo w 1968 roku.
Na kawie w “Starbucks”
w grudniu – w dolnym nowym jorku – pijac kawe w “Starbukcs” – widze
jak dwaj meksykanie ukladaja marmurowe plyty przy paradnym wejsciu do budynku
w kawiarni kraza natretne Jingle bells
na ulicach migocza nowojorczycy ze swiatecznymi prezentami i auta
uliczni sprzedawcy rozprzedaja turystom wszelkie badziewie
policjanci spokojnie drzemia w cieplym aucie
kolejka do kosciola – nie, dzis nie niedziela – otwarcie jakiejs wystawy
coz oto i 12 apostol roku – grudzien siada za stol tajnej wieczerzy
niebogate owoce swych dni wykladasz z torby zeby ugoscic 12 apostolow
po drodze wbiegles do sklepu i kupiles na szybko
ale oni to wiedza
i w milczeniu dojecie razem przasny chleb zakonczenia roku
coz oto i zbliza sie czas gdy zgorzkniale doswiadczenie owocow i kwasne mleko dni
coraz czesciej pojawia sie na twoim codziennym stole
kiedy szum oceanu coraz czesciej wisi w przestrzeni twoich slow
coraz czesciej drepczesz piecioletni do koszary zeby pooddychac parowaniem
owiec bo powiedzieli – od tego ustal twoj suchy kaszel
tak wiec ty – czterdziestoletni mezczyzna – jeszcze ukladasz slowa
jeszcze je zapisujesz – coz w tym nowego?
z antycznych czasow tylko kilku udalo sie przeplynac ocean tysiacleci
dzisiaj – wraz z toba sto tysiecy poetow uklada slowniki swojej mowy
czy choc ulamek strofy doplynie (jesli bedzie dokad plynac)
czy chociaz dzwiek twej mowy wedle praw astronomii – przypominajacy gwiazde
ktorej juz nie ma – (jesli te prawa nie klamia)
tak wiec przezywasz ostatnie dni starego roku – jak oplacony hotelowy pokoj –
popijasz kawe – i patrzysz jak
dwaj meksykanie – rozpilowuja kamien – podnosza go obaj – dopasowujac go do sciany
znowu go opuszczaja i znowu podpilowuja
kamien ciezki
zycie lekkie
Jehuda Amichaj
Herbert przyprowadzil do mnie Jehude Amichaja ktorego zasuszylem jak w zielniku
i zostawilem pod nazwa kaktusa sabra choc Amichaj urodzil sie w Niemczech
a sabra to zydzi ktorzy urodzili sie w Ziemi swietej
Listek sabra dlugo przelezal w jakims niemieckim wydaniu o surrealizmie
I wreszcie zapachnial mi kamieniem Jerozolimy a ja ten kamien porozkladalem w wierszach
Jak czarne metki na bialym plotnie i one porosly zielonym mchem Ksiegi pagorkow i dolin
Sandu David i Margalit Matatiagu opowiadali mi o Amichaju
Kiedy z Sandu jechalismy do synagogi w Nowym Sadzie
A z Margolit w restauracji hotelu Casino maczalismy bialy chleb w miodzie ktory sciekal po rekach az do lokci
w Nowym Jorku na wieczorze jego pamieci kiedy czytano wiersze
wszystkim rozdano kopie tych wierszy w dwoch jezykach – hebrajskim i angielskim –
i cala sala wyspiewywala dzwieki jiydysz jakby kazdy wczesniej nabral pelne usta oliwek w bufecie
tamtego wieczora byla taka ulewa ze
parasole wyrywalo z rak i fruwaly razem z wlascicielami w okolicach NYU
nie bylo kogo sie zapytac o te ulice przy ktorej sie miesci Jewish Center
pewna studentka ktora spotkalem przypadkiem na pustej ulicy
pokazala mi budynek wokol ktorego bezradnie krazylem od pol godziny
i gdy rozmawialismy wiatr wyrwal jej z reki parasol i bieglem za tym parasolem bo czulem sie winny
a ona stala na deszczu usmiechnieta
Astor Place
ktos
malujac uliczna latarnie
uwaza ze tym uratuje swiat
- to prawie szalenstwo –
bo:
na przeciwko aktywisci komunistycznej partii Ameryki
ktorzy tez mysla ze ratuja swiat –
ale ratuja go niezle i zeby na tym jeszcze zarobic
sprzedaja jeden egz. gazety za jednego dolara
szykuja sie do rewolucji – bo rewolucji 1917 roku
nauczyli sie z ksiazek uniwersyteckich profesorow
ktorzy troche naklamali
zarosnieci anarchisci z portretami Che Guevary na koszulkach –
mlody Che kopci kubanskie cygaro –
calkiem anarchicznie rozdaja ulotki przechodniom –
jak mowia – ulotki nadziei
grupka punkow albo metalowcow
rozsiadla sie kolo ruchomego pomnika kubiwa
(nie mylic z kubizmem)
i lowia rytm lekkiej muzyki
skrzypiec i saksofonu
a oto bojownicy o prawa zwierzat –
dalej siedza studenci szkoly filmowej i filmuja
budynek z reklama wydawnictwa
muzycznego “Carl Fischer. Since 1872” –
ktore dawno przenioslo sie do innego miasta
ale pozostawilo swoj firmowy znak
ktorego nie zmyly deszcze
i nie zamalowali bezrobotni nielegalni emigranci
muzyka tylko muzyka uratuje swiat
ale czemu wiecej jest wykonawcow
niz sluchaczy – pustych kapeluszy u muzykow
i grubszych portfeli u przechodniow
- muzyka wysubtelnia smak –
i prowadzi do pelnego otepienia
och jak rytmicznie
tlucze po aluminiowych puszkach
usmiechniety bialozeby chlopak z okolic Harlemu
Hi, baby – pozdrawia studentke New York Uniwersity
i jeszcze rytmiczniej zongluje paleczkami –
jeszcze bialozebiej sie usmiecha – jak wyrzucony na brzeg wieloryb –
jeszcze zmyslniej wygina swoje wytrenowane lsniace cialo
Hi, baby i z tego zaczyna tworzyc tekst improwizowanej piosenki
kiedy zyly na jego szyi robia sie grubsze jak okretowe cumy
a oczy przypominaja wypukle puszki polinezyjskiego zolwia
Hi, baby – i gladzi szorstkie cialo plastykowego wiadra
o nie – nie jest samotny ten uliczny artysta –
ten malarz slupow –
dlaczego nie wystarcza mu na kupienie plotna –
czy on naprawde chce namalowac okolice East Village
jej rozkwitle pnie latarni
znajome hasla amerykanskich komunistow
anarchistow ktorzy zaprowadzaja lad
w naukach swoich poprzednikow
wydawnictwo muzyczne
“Carl Fischer. Since 1872”
ktore zostawilo muzykow bez nut i partytur
i najbezpieczniejszy chlopak
z okolic Harlemu ze swoim hitem
Hi, baby
na tle dwudziestu portretow Andy Warhola
i wielkiego zdjecia Marylyn Monroe
(kiedy wiatr podwiewa jej biala sukienke)
a intelektualne okulary Arthura Millera –
jak dwie plaszczyzny sceny
modeluja te wystawe
w ktorej nie ma dramaturga i nie ma rezysera
oto eksperymentalny teatr La MaMa:
ktory kazdego nowego sezonu zapowiada ze zamknie sie
na zawsze
ze wzgledu na dlugi
rozpoczal remont swoich sal do prob
w ktorych zawsze albo buriackie bebny albo rozewiczowskie paradoksy
gromadza publicznosc jak muzycy w przejsciach podziemnych
i wplywy ze sprzedanych biletow
wystarcza chyba na metro
do domu
Pozegnanie ze zludzeniami
nasze zycie – to pozegnanie ze zludzeniami
ktorych do czterdziestki zbiera sie tyle
ze reszta czasu pozostaje wlasnie na to by sie z nimi pozegnac:
ze poezja – to nie proza a proza – nie poezja
ze snieg – to woda a woda – snieg
ze elementarne – to zlozone a zlozone
tworzy sie z elementarnego
ze pierwsze doswiadczenie seksualne w brudnym akademiku
to nie wpadniecie w nieskonczonosc a tylko skrzypienie
metalowego lozka
ktore slysza w sasiednim pokoju
to moze muzyka zycia?
Symfonia ktora wykonuja tylko dwa
instrumenty – obnazone mlode ciala –
ktore zagluszaja rdzawa muzyke rytmicznego ruchu
a potem rozmawiaja o roznych duperelach
palac jednego papierosa na dwoje
puszczajac dym pod sufit
i plecy ktore jakby ktos posypal ziarenkami maku
i zapach jej potu zamroczyl ci swiadomosc
tak nie zamrocza ciebie teraz wyszukane pieknosci
ktore polewaja sie Chanelem Nr 5
albo perfumami od Gucciego
ze ukrainskie – to nie europejskie
polskie – nie niemieckie
albanskie – nie serbskie
ze kilka wierszy Celana cenniejszych jest od wierszy lesi Ukrainki
dla kogo? – zapytaja patrioci
i oskarza cie o wszystkie grzechy
ze przeznaczenie literatury – to nie przeznaczenie expresu do kawy
i coraz wiecej ludzi daje przewage expresowi
a co maja robic ci, ktorzy stale pija herbate?
Moze zludzenia to miasta budowane po to zeby je burzyc
albo zeby zasypal je piasek zyciowego doswiadczenia i zmeczenia?
tabletki zapijala rkaceteli
nosila w torebce wszelkie smieci
poslugiwala sie straszna szminka ktora
wydlubywala pinceta
ktora wyrywala brwi i wlosy na nogach
czas pozegnania ze zludzeniami nadchodzi wtedy
gdy nasyciles sie wszystkim:
barokiem – rokokiem – naturalizmem –
modernizmem – postmodernizmem
potrafiac odroznic Eliota od Pounda – Picassa od Matisse'a
czas od bezczasu – ziarno od polowy
kiedy na jej plecach zbierales jezykiem makowe ziarna potu
i przyklejales slina miekkie jasne wloski do struny kregoslupa
zawsze pytala: czy ja kocham
bo bala sie zajsc w ciaze
wstawala – nalewala wytrawnego wina do brudnego kieliszka
polykala antykoncepcyjna tabletke
i bez wstydu ogladala siebie
ponizej brzucha
mowiac: znowu beda miesiaczki
i przed nami nowy miesiac milosci
i to bylo najwazniejsze co moze byc na tym swiecie
ale czas pozegnania zludzen takze jest zludzeniem
Na festiwalu poetyckim
10 poetow
zapowiedzianych w programie
czyta wiersz
dla 10 sluchaczy moze dla 100
brzmi symfonia jezykow:
ukrainski z erotycznymi jekami skrzypiec
odlatuja lepkie dzwieki arabskiego
wybuchaja w piersiach marszowe dzwieki niemieckich bebnow
scieka po plecach jazzowa trabka angielskiego
oboj trawi w swym brzuchu hiszpanska wymowe
galanteryjny saksofon francuskiego budzi seksualne marzenia dojrzewajacych dziewczat
dyrygenta nie ma
i orkiestra troche gubi rytm
przeklady – fatalne
bo robione w pospiechu
organizatorom
jak zawsze brakuje czasu
jeszcze 10 poetow ktorzy beda czytac jutro
slucha tych 10 ktorzy czytaja dzisiaj
i ziewaja ze zmeczenia
mysla o piwie o miejscowych dziewczetach
o kursie walut
o kilku poetkach ktore przyjechaly na ten festiwal
i z przykroscia zauwazaja ze wiek poezji kobiecej
nieublaganie zbliza sie do emerytalnego
a o czym moze pisac kobieta po menopauzie?
niestety mlodych achmatowych – sylwii plath – ann blandianych
na festiwale jeszcze nie zapraszaja
oczywiscie czekaja az sie zestarzeja
no coz jest w tym swoista logika
w kraju gdzie odbywa sie festiwal
trwa kryzys gospodarczy
dlatego po hotelu biegaja karaluchy
a w restauracjach podstarzale kelnerki
nie wzbudzaja specjalnej sympatii
poeci daja poetom swoje ksiazki
wiedzac ze nikt nigdy ich nie przeczyta
bo nie mozna znac wszystkich jezykow swiata
dlatego ten rytual przypomina
rozmowe gluchych i slepych
po zburzeniu wiezy babilonskiej
o, wreszcie czyta ostatni w dzisiejszym programie
niedlugo kolacja
i mozna bedzie porozmawiac o poezji
na ktora nie lapie sie ryba miejscowych sluchaczy
bo oni wszyscy rozwiazuja problemy gospodarcze
przez komorkowe telefony
sala coraz to pustoszeje
bo ktos wychodzi na papierosa
ktos na piwo
a ktos odpoczac w hotelu
czarna dziura poezji
zaciska sie od ilosci wierszy
aby wchlonac
i to jest najsmieszniejsze
sama poezje
ktora od niedawna obsluguje samych poetow
jak podstarzale kelnerki w restauracjach
ktore od dawna nie interesuja mezczyzn
formula poezji
to 10 + 10 = 0
choc jak twierdza matematycy zero jest moze najwazniejsza liczba
w dzialaniach matematycznych
i jego czarna dziura miesci takze energie
ktora jest zdolna wchlonac sama siebie
jak mitologiczny smok
ktory zjada wlasny ogon
i forma swego ciala tworzy magiczne kolo
z ktorego nie ma wyjscia
Serbski sur 2
w karczmie ze slow slowianskich splata mi laur Serb
kelner przynosi papryke ostra niby sierp
rakija w butelkach i my – jakbysmy przed wojskiem uciekli –
na stole zimne jagnie – i niepotrzebny angielski
– machno – krzyczy zza stolu zaciaga sie slodkim dymem
po serbsku czyta mi wiersze spojone serbskim rymem
– niemal jak syn marnotrawny – listkiem z jagniecia laurowym
dlubie w papryce – ktora ser doprawiono – czerwonej
rekao – mowi – pesnyk z balkanskim tesknym akcentem
i ten muzyczny motyw zostawia slad jak naciecie
kolorowy ten jego folklor bo potem mowi prosto
kniaz tu wzniosl cerkiew ktora – jak jajko – sie zniosla
i potoczyla pod wzgorze – i wyrzezbila pejzaz
ceglanym swym ornamentem – klasztorny staz jej siega
tysiaca lat juz – i nasza rozmowa od papryki zaru
w ustach tez juz dymi jak dymem pozarow
coz nam obmowy i plotki – w karczmie sie ukrywajac
spiewamy az do rana – niczego nie udajac
piesni jak pelne butelki – zolca sie posrod stolu
i kazda nastepna ballada jest o Kosowym Polu
znad Dunaju przed switem benzyna z kutrow i jachtow
kusi do wyjscia – mazut spalinowej lokomotywy pachnie
lecz Serb do mnie mowi: skonczymy w jakiejs knajpie w Belgradzie
bo sadzi ze jeszcze nam malo i nie dosc jestesmy pijani
wiesz – mowi – poezja w tym naddunajskim miescie
to jezyk zielony papryki i skisle wczorajsze wiesci
i nabozenstwo klasztorne w mroku – i te zakonnice
co wysypuja sie na dziedziniec jak z kosza chlodne czernice
SS Brandenburg rok 1913
Statek SS Brndenburg wyplywa
w rejs w 1913 roku z Bremy –
na pokladzie 944 pasazerow –
z listy pasazerow widac ze prawie cala
Europa plynie do Ameryki
plyna Rosjanie – zydzi – Serbowie – Chorwaci –
Litwini – Wegrzy –
i Rutency – czyli Ukraincy – z Galicji
obywatele Austro–Wegier
Moze to byla mitologiczna Europa ktora
ratowala sie na byku
ktory nazywal sie SS Brandenburg?
Wsrod pasazerow sa dwie mlodziutkie dziewczyny:
Machno Ewa 18 lat panna
docelowe miasto w Ameryce – Detroit
i Zen Anastazja 18 lat panna
docelowe miasto w Ameryce – Filadelfia,
obie ze wsi Dubno nieopodal Lezajska.
Z tej wsi pochodzi moj ojciec
wiem ze rodziny Machnow i Zeniow
byly blisko spokrewnione
Moge tylko sobie wyobrazac jak one
wyjezdzaly z Dubna – pewnie do Krakowa –
a stamtad pociagiem do Bremy
moze do Krakowa dojechaly konmi
W Bremie wstapiwszy na statek
dostaly najtansze kajuty –
i po raz pierwszy – zobaczywszy ocean –
zaczely bac sie podrozy
jednak mlodosc i magiczne slowo Ameryka
dodawaly im pewnosci
i jeszcze niedwuznaczne spojrzenia ich
rowiesnikow moze Spielbergow moze
Obradowiczow
przekonywaly o tym ze nalezy
trzymac sie oddzielnie i z nikim
nie rozmawiac
tak zreszta kazano im w domu
ta wielonarodosciowa Europa jadla – smiala sie –
tesknila – kochala
dzieci biegaly przygladajac sie Atlantykowi –
mewom – albatrosom – oceanicznemu
zachodowi slonca
wielu mialo mdlosci i wymiotowalo
Minal pierwszy tydzien podrozy
powoli ochloneli
poznali sie i zaczeli opowiadac
kto dokad i do kogo jedzie i jak te Ameryke
sobie wyobraza
Ewa i Anastazja moze zeszly sie z Polakami
a moze z zydami
z ich okolic bo w te dwa tygodnie
narodowosc nie ma zadnego znaczenia
wszyscy sa pasazerami SS Brandenburg i to ich
dom – ziemia – kraj
Ewie spodobal sie mlody Serb
Anastazji – Wegier
co wieczor ta czworka mlodych ludzi
wdychala slone oceaniczne powietrze
ich pocalunki tez byly slone
Do Filadelfii SS Brandenburg szczesliwie
zawinal 3 maja 1913 roku
wszyscy pasazerowi oblepili porecze na pokladzie
i patrzyli na brzeg
najpierw ich ustawili i przepuszczali zgodnie z dokumentami
skrupulatnie sprawdzajac wpisy w paszportach i okretowych listach
potem lekarze badali czy ktorys nie przywiozl
jakiejs choroby
rozbierali mezczyzn i kobiety ogladajac ich ciala
po raz pierwszy mlode dziewicze ciala Ewy i
Anastazji obmacywaly cudze rece
i sprawdzaly cudze oczy
w dziwnym jezyku o czyms mowili
i cos zapisywali
skonczywszy te procedury wypuscili je na brzeg
- jak wiadomo – Ewa jechala do Detroit,
a Anastazja zostawala w Filadelfii
Serb i Wegier znikli wiec dziewczyny sie z nimi
nie pozegnaly
milczac Ewa i Anastazja staly
przed dworcem w Filadelfii
za 32 lata zniknie ukrainska wies Dubno
nie ona pozostanie na mapie jako Debno
ale wszystkich Ukraincow za odliczone godziny wsadza
do towarowych pociagow i wywioza na Wschod
w ten sposob moj dziadek z linii ojca
trafi na Tarnopolszczyzne z pieciorgiem dzieci
osiedla ich w najgorszej chacie z wybitymi
oknami wlasnie w grudniowa pore
miejscowi dlugo beda od nich stronic: dzieci
beda przedrzezniac ich gware
a dorosli patrzec z ukosa – przybledy po co
tu przyjechali?
kiedy moj ojciec ozeni sie
z moja matka – miejscowa z dziada pradziada
rodzina matki na dlugo odsunie sie od przesiedlenca ziecia
w 1964 roku uda mi sie urodzic
zeby nastepnie opisac podroz Ewy i
Anastazji statkiem
SS Brandenburg
juz w Nowym Jorku
dodajac kilka skapych przekazow rodziny z linii ojca
Ewa Machno i Anastazja Zen byc moze juz umarly
pozostajac jako
dwie linijki na liscie pasazerow
statku SS Brandenburg
dwie czarne nitki lacinskich liter
dwie czarne smuzki dymu
popiol i sol
zielony lug tego wiersza
ciezkie westchnienie zapadnietego Atlantyku
O fiescie
czas – podobnie – zalezal sie w sklepie rzeznika
– odciety jezyk byka – ktorego przywiezli w zeszlym tygodniu
z polnocy – z Chicago – z tych legendarnych rzezni lat 30.
lezy chrapliwym glosem smierci – ciezkim poltorakilowym glosem
wydobytym przez masarza z wielkiego ciala zwierzecia
mialo zostac sprzedane jednej z latynoamerykanskich kompanii
ktora zajmowala sie przygotowaniem fiesty i skupowala zwierzeta w poludniowych stanach
ale farmer znalazl lepszego kupca
i bykowi – ktory kazdego roku pokrywal pol farmerskiego stada –
nie bylo sadzone zostac ofiara fiesty – zostac przyszpilonym – jak wspanialy motyl – oblakanym
zlotem
nie bylo sadzone zostac wygwizdanym przez publike na arenie zasypanej piaskiem
latynoamerykanskiego miasta
w ktorym mieszkancy caly rok przygotowuja sie do swieta:
mezczyzni – popalajac grube cygara spod szerokich kapeluszy
w butach ze scietymi obcasami – leniwie przerzucaja sie slowami o fiescie
uwazajac ze wlasnie zabijanie bykow jest prawem czlowieka
kobiety i dziewczeta naloza jaskrawe spodnice – metalowe ozdoby
pojada do wiekszego miasta kupic tanie perfumy i nie zwroca uwagi na glupie gadanie
mezczyzn pod szerokim drzewem – jedynym w ich okolicy –
dzieci zas zaopatruja sie w drobne na wypadek przyjazdu cudzoziemcow
skladaja zasuszone zolwie – wydlubawszy zasuszone mieso –
z ktorego ugotowaly zupe – a reszte zjadly bezdomne psy – zolwie ciesza sie szczegolnym popytem
rzeznicy pocwiartowali to swieto
oni: wyprzedzili chlopca w wyszywanym zlotem kostiumie ktory – jak zoolog – wprawia sie
w nanizywaniu na pike bykow o wadze – co najmniej – pol tony
oni: zostawili mezczyzn pod drzewem w niepotrzebnej rozmowie o fiescie ktorej nigdy nie bedzie
oni: obrazili kobiety i dziewczeta ktore mimo wszystko pojechaly do wiekszego miasta – nakupily spodnic i
ozdob – ale nigdy ich nie naloza
oni: zostawili wysuszone zolwie – ulozone w babilonska wieze
i dzieciarnie kolo przyblednych najedzonych psow
to wszystko mozna zgarnac w mieszek wspomnien jak to robi podrozny z sola
zeby wystarczylo na dluzej
Nowojorska kartka dla Bohdana Zadury
chcialem wyslac Ci kartke z Brooklinskim mostem
i nie znalazlem w sklepie
w Ameryce tez nie wszystko jest
natomiast znalazlem kartke z Johnem Ashberym z lat szescdziesiatych
i mimowolnie porownalem go z tym ktorego widzialem na 22 Ulicy w jego mieszkaniu
kiedy to John do konca nie zrozumial skad na Ukrainie biora sie poeci
zaplaciwszy 70 centow
zdziwionemu sprzedawcy u ktorego nikt dotad jeszcze nie kupowal kartki z poeta
schowalem ja do wewnetrznej kieszeni marynarki
i poszedlem w kierunku Broadwayu
potem skrecilem i zobaczylem Brooklinski most
interesuje cie ta nowojorska topografia?
bo w Nowym Jorku nigdy nie zabladzisz
ale czy odnajdziesz siebie?
jakich tu ponabudowali labiryntow?
te kanaly wyryte przez buldozery – skaly wysadzone dynamitem
pod dostatkiem tutaj
spiewakow – marynarzy – dziwek – zydow – Afroamerykanow jak w kazdej linijce
Poety w Nowym Jorku Lorki
ktory szukal tu seksualnych przygod wowczas kiedy wszystko sie wywrocilo
w 1929 roku kiedy zbankrutowala Gielda
moze dlatego odplynal potem na Kube
a moze dlatego ze nie nauczyl sie angielskiego i robilo mu sie coraz smutniej i samotniej?
chcialem ci wyslac Brooklinski most: bo on jest jak gest wylinialej dziewczyny –
statuy Wolnosci – pozielenialej od oceanicznej wilgoci ktora postawili na sztucznej
wyspie i ktora tylu oszukala
chyba mozna wierzyc sprzedajnym dziewczynom?
czasami w Greenwich Village zbieraja sie poeci zeby posiedziec w jakiejs kawiarni i
czytac wiersze
ale jakos nudnie to robia jakby zuli gume
mowi sie: ze wszyscy tutaj to emigranci
i wedrowcy
i poszukiwacze przygod:
jak Gombrowicz ktory zostawil wiecej autografow w Buenos–Aires na pokwitowaniach
Banko Polaco
niz napisal tekstow
jak Witkacy – wieczny turysta i mieszkaniec Zakopanego – ktory nie wiadomo czemu
kiedy zaczela sie wojna pojechal do Przemysla (czy gdzies w te okolice) i tam targnal
sie na siebie
jak Bruno Schulz z przestrzelona potylica kolo cynamonowego sklepu na jednej z
uliczek Drohobycza ktory nie bedac w stanie wykonac nakazu niemieckiego zolnierza
zostawil obrazy i freski – prace gimnazjalnego nauczyciela i swoje erotyczne marzenia
czemu my wszyscy jestesmy emigrantami?
Panie – kiedys wykrzyknal Zbigniew Herbert – dziekuje Ci ze stworzyles swiat piekny i
bardzo rozny
i ja tez dziwie sie za kazdym razem spotykajac tych podstarzalych–hippiesow – :pomalowanych
punkow – : miejscowych alkoholikow ktorzy obsikuja sklepy
a policja ich nie aresztuje
kontempluje:
nocne ognie wielkiego miasta – one plona futrem niebieskiego lisa
metra ktore drza od ruchu pociagow
i dzwiecza muzyka roznych narodow ktora wycieka razem z kanalizacyjnymi wodami
te glodne karaibskie kobiety ktore potrzasaja cyckami i biodrami – te suche i
wymalowane anglosaksonki ktore niby zerdzie stercza na ulicach zamiast drzew jak
latarnie i swietlne sygnalizatory
interesuja cie ci nowojorczycy?
te rytmy – te dzwieki?
pamietasz ze jeszcze sa te prowincjonalne miasteczka zbudowane na prawie magdeburskim
z placem ktory nieodmiennie nazywa sie Rynek
z cerkwiami i kosciolami – zrujnowanymi synagogami
czy one – w zacisnietej dloni Bruno Schulza – przypominaja malenkie jaskolki?
czy do tej pory udalo mu sie schwytac cien piorek?
przypominam sobie pagorki Buczacza:
na glownej ulicy jeszcze zachowaly sie sklepy z kutymi drzwiami
i starymi zamkami roboty miejscowych kowali
zydowski cmentarz na ktorym plyty z napisami po hebrajsku – niby ksiega rodow
galicyjskich zydow –
czy to nie o tym Buczaczu pisal Szmuel Agnon?
czy nie tego Buczacza szukalem razem z jego corka Emma Jaron wsrod ocalalych resztek
zydowskiego cmentarza w Tarnopolu
a telewizja francuska filmowala ja jak przeciera palcem zatarte i
pozieleniale litery na grobowej plycie jakiegos swego dalekiego krewnego?
i przytuliwszy sie do niej dlugo cos szepcze
dlaczego Brooklinski most jest taki krotki i dlaczego nie mozna nim dojechac do Europy?
dlaczego pamiec jest taka dluga i jej dlugosc mierzy sie nieskonczonoscia?
po prostu znajde te kartke – a ty kiedy kupisz samochod wyjezdzaj na Brooklinski
most kolo Pulaw
i jedz do Nowego Jorku
posiedzimy w Greenwich Village
i jeden drugiemu poczytamy wiersze
bo ich chwila (i nasza takze) jest jak chwila nocnych motyli
i od tego – ze komus przyswiecisz – nie staje sie lzej
Przeinaczanie historii
Leonid Grabowski wyjechal do USA
i teraz gra na organach w luteranskim kosciele
a takze sprzedaje plyty w sklepie muzycznym
polecajac klientom najbardziej chodliwe CD
kilka koncertow jego muzyki
nie zrobilo tutaj takiego wrazenia
jak napisany (ale nigdy nie wykonany na Ukrainie) koncert w poczatku lat 60.
Mykola Worobjow lowil ryby w Glenn Spy
ale niczego nie zlapal i wrocil na Ukraine
i dalej bada zuki i owady
uczy sie mowy ryb
i jego wiedza w tej dziedzinie rowna jest zeru
a moglo przeciez sie zdarzyc – ze Tarnawski nie przyjechalby do USA
i na pewno by sie zapil – konczac w jakims przytulku dla narkomanow –
z ulubionym Kenem Caseyem pod poduszka
a Bohdan Bojczuk – pracujac jako wozak w kolchozie im. Kalinina
w ogole nic by nie wiedzial o Nowym Jorku
i rymowalby cos tam drukujac w “Buczackiej Prawdzie” przemianowanej za niepodleglosci (chwala Bogu)
na “Buczacka Wolnosc”
a Bohdan Rubczak wykladajacy w jakiejs WSP
pisalby o rewolucyjnych motywach w tworczosci lesi Ukrainki
mylac kierunki rozwoju modernizmu i postmodernizmu
narzekajac na Hryhorija Grabowycza i jego szewczenkoznawstwo
a wieczorami przesiadujac w taniej knajpie pilby tania wodke
bez zakaski
a tak istnieje grupa Nowojorska
Grabowycza kamienuja – jak nierzadnice – za Szewczenke
bo on i jego oponenci mowia roznymi jezykami
i rzecz nie tylko w tym ze nie znaja angielskiego
na szczescie Tarnawski Bojczuk Rubczak
bywaja na Ukrainie
wydaja tam ksiazki
bo w diasporze chyba tylko rude myszy przeczytalyby ich wiersze
nie warto przeinaczac historii
chyba jednak nie warto
Cornelia Street Cafe
Elzbieta Czyzewska rozprula obcasem
bialy ekran lat 60.
i przyszla na spotkanie ze mna
juz w 2004
– w nowym jorku –
razem z nia przyplynal
papierosowy dym
dwoch skreconych aluminiowym drutem
skrzydel
skrzydla to sie rozposcieraly
to calkiem znikaly
to ciagnely sie opuszczone – jak sztandary –
za jej plecami
Elzbieta spojrzala na mnie
i wykonala dwa wazne ruchy
– przysunela twarde pudelko z papierosami
– i odsunela kawe
jakbysmy rozpoczeli nieskonczona
partie szachow
i uronila klucz slow
ktorym zamknela sie
brama
jej przeszlosci
podobno wszyscy wyjezdzaja
do Francji
bo tam
jeszcze mozna palic
w kawiarniach
kiedys tam
mozna bylo spotkac
Sartre'a
ktory wcisniety w kat kawiarni
– pisze –
bo boi sie
samotnosci
te papierosy
wszystkich nas
wykoncza
byc moze tak mysli – ale nie mowi
na glos
nie wszystko jest na sprzedaz Elzbieto
nie wszystko:
jednak byle przeciag
rozwiewa wszystkie nasze slowa Elzbieto
– te niedbale rozsypane ziarna kawy –
– te pospiesznie zapisane wiersze –
– te chwiejne zielone cienie – ?
i czemu – Elzbieto – wszystko staje sie
popiolem
ktory strzasamy
do mokrej popielniczki?
czy wlasnie nie te swiadomosc
ze nocny nowy jork
w zaden sposob nie zmieni
ani twojego ani mojego zycia
schowasz – jak mietowke –
do kieszeni?
zeby postawic kropke nad i
w kwestii nazwiska
Szczegolnie dokuczliwi
w tej kwestii okazali sie
(i okazuja) autorzy wywiadow
– Pan nie jest krewnym?
– A moze jednak? Prosze powiedziec dzisiaj to niczym nie grozi
Przypomina mi sie
stara bibliotekarka w instytucie pedagogicznym w poczatkach lat 80.
kiedy wypelnialem karte biblioteczna
jak ukluta – zapytala
– Machno? Dziecinko, a skad sie tu wziales?
jakby stali za mna Petlura Bandera i jeszcze pare
zupelnie niepozadanych postaci dla radzieckiej historiografii
ale gdzie ich podziac
A pewien redaktor „grubego” w owe czasy czasopisma
ktore wydawal KC lKSM
poradzil mi bym przybral pseudonim bojac sie
ze w zaden sposob nie potrafi tam wyjasnic...
(i zatoczyl oczami az pod sufit) ze nie jestem krewnym Nestora Machny
i tajemniczo dodal
jakbysmy byli w antypanstwowym spisku
– zadne pismo pana nie wydrukuje Niech pan o tym pomysli, mlody czlowieku.
Czy powinienem byl mu wyjasnic
ze zupelnie nie wiem skad we wsi Dubno kolo Lezajska
(obecnie Polska)
pojawilo sie nazwisko Machno
i pol wsi sie nazywalo:
albo Machno albo Gogol
Przypominam sobie w filmie „Droga przez meke”
ktory od czasu do czasu pokazywala Centralna telewizja pojawial sie Nestor Iwanowycz
ktorego gral
Borys Czyrykow – rozczochrany
ktory z anarchicznym rozchelstaniem spiewal Lubo bracia lubo
pil caly czas wodke mowil
rewolucyjnym slangiem i szczerze nienawidzil komunistow.
Wlasnie te nienawisc Czyrkow zagral szczegolnie przekonujaco
jak to przegapili cenzorzy – trudno pojac
Nastepnego dnia w klasie moi koledzy
zywo i glosno komentowali film
wskazujac niejednoznacznie w moja strone.
I chociaz zupelnie nie bylem podobny do swego hulajnickiego nazewnika –
jego karykaturalne wyobrazenie
szczegolnie bylo mi nieprzyjemne
Moi rodzice rozwiedli sie kiedy mialem piec lat
Z ojcem sie nie kontaktowalem
A mama nigdy niczego mi nie wyjasniala w sprawie nazwiska
Nasze zmienila na nazwisko ojczyma
i z nim nie miala zadnych klopotow
Czy chcialem czy nie chcialem Nestor Iwanowycz Machno
razem ze swoim siedemdziesieciotysiecznym wojskiem
towarzyszyl mi wszedzie:
nie zawsze pokonujac
mych klasowych nieprzyjaciol
czy bojazliwych redaktorow czasopism literackich
czy – pozniej – natarczywych dziennikarzy
wlasnie gdzies w wieku 10 czy 11 lat
kiedy pobila mnie zgraja lobuzow z sasiedniego bloku
tylko z powodu nazwiska
zaczalem wymyslac historie:
ze dobrze byloby gdyby Nestor Iwanowycz
przyjechal na swej taczance z calym swoim wojskiem
i postraszyl tych krzywdzicieli
Wyobrazalem sobie jakby chlipali
pod groznym spojrzeniem ojca Machny
o on posadziwszy mnie kolo siebie na taczance –
– ku ich zazdrosci – dalby mi potrzymac
zimna rekojesc karabinu maszynowego
Ale on nigdy nie przyjezdzal
Czasy sie zmienily
na Ukrainie szanuja Nestora Machne –
jedni mowia o nim dobrze inni – ze to zle
zakladaja Towarzystwa jego imienia,
otwieraja muzea –
wydali jego Wspomnienia i mnostwo beletrystyki
studiuja anarchizm i jego wojenna taktyke oraz strategie
Moje corki juz nie beda sie rumienic i peszyc
przyjezdzajac na Ukraine i wypelniajac deklaracje celne
ze ich nazwisko w kims wzbudzi odraze
czy jezuickie pytanie: Czy pani...
Je tak samo ochroni Nestor Machno
ze swym 70 tysiecznym wojskiem
mrugajac zyczliwie
stojac na majdanie w Hulaj–Polu
w 1920 roku
gdzie konie rza jak jerychonskie traby
i szeleszcza oczerety szabel
i jakie to ma znaczenie czy jestesmy krewnymi czy nie
a jesli ktos znowu mnie zapyta: Czy pan ...
to chetnie odesle go do tego wiersza
podajac nazwe publikacji i strone
i moze to bedzie jego pierwsze spotkanie z poezja
i Nestor Iwanowycz bedzie mial w tym zasluge...
Na wieczorze Andreja Wozniesienskiego
poezja zawsze milczy
dlatego wlasnie teraz Andrej Andrejowicz
stracil glos
znakomity glos
rosyjskiego bitnika
ktorym podbijal
i za ktory zbieral najwyzsze noty
jako student konserwatorium
od ktorego pekaly sufity w wiejskich klubach
i azurowe lampy paryskich kawiarni
wczoraj sluchalem jeszcze jak on wyszeptuje
– z pamieci – wiersze z lat 60.
ale to przypomina milczenie
przypomina nauczanie
mowienia cisza
ale takiego kursu nie ma
nawet na Columbia University
przypominam Andrejowi Andrejowiczowi
ze w czlowieku jest rowno pol na pol
zycia i smierci
glosu i bezglosu
Eklezjasta naprasza sie
jak nieobowiazkowy cytat
wszystko ma swoj czas
on pokazuje widomym
– wizualna grafike swego glosu –
ktora przypomina zdjecia rentgenowskie
jego czasu – naszego czasu –
czasu w ogole
gdzie Allen Ginsberg
Robert Lovell
missis Onasis
Marylyn Monroe?
gdzie bitnicy?
gdzie dzieci kwiaty?
posadzone na bulwarach San Francisco
czy ich doglada jeszcze Lawrance Ferlingetti”
byc moze jedyny
prawdziwy bitnik
jakiego Ameryka
powinna pokazywac
w muzeum madame Tussot
zamiast hollywoodzkich gwiazd
w wyprasowanych kostiumach
z funeral home
czy zbankrutowanych politykow minionego stulecia
za ktorych nawet nie warto zapalic swieczki
coraz brudniej Andreju Andrejowiczu
lata 60. dzisiaj to brudna bielizna
w ktorej grzebia sie wszyscy
babrza jak nowojorskie lumpy
jak szybko wszystko minelo
jak szybko wszystko mija
byc moze tylko poezja jest zdolna
polozyc zloty pierscionek na usta poety
i zapieczetowac jego glos
dajac innym mozliwosc
dospiewania jego samotnej piesni
pan w to wierzyl Andreju Anrdejowiczu
niestety moje pokolenie
slabo w to wierzy
– niedowiarki i niedouki –
bo po co nam tylu mesjaszy
kiedy nawet prawdziwego mesjasza
przerobili na kicz
niech pan czyta Andreju Andrejowiczu
porusza ustami
muzyka ktora zostala
w Panskich wierszach
bedzie Pana glosem
komus przeciez kurwa potrzebna jest ta muzyka
Rada jak najlepiej zapisywac wiersze
jedno twoje oko czyta cyrylice
a drugie – latynke
ktos zapisuje wiersze od lewej do prawej
Jehuda Amichaj pisal od prawej do lewej
zloci chinscy poeci pisali w slupkach:
tych kilka czarnych ziaren cynamonu
to nie najgorsza przyprawa w kuchni swiatowej poezji
ale niezaleznie od czasu (w ktorym zyli)
- sposobu pisania –
alfabetu (ktorym sie poslugiwali)
- wszyscy kochali: wino i kobiety – pasma gor –
smazone ryby – salate z czerwonej papryki –
wydawanie pieniedzy i nie oddawanie dlugow –
wszyscy byli lowcami dzwiekow
duzymi dziecmi z siatkami do lowienia ryb i motyli –
albo skonczonymi alkoholikami
beznadziejnymi narkomanami
zboczencami seksualnymi –
narcyzami – odysami – orfeuszami
jedni pisali piorem
- inni przecinali sobie zyly – i maczali je w zgestnialej
od alkoholu i narkotykow krwi
- cyganska szpilke –
trabke sennej pszczoly
- jednak niezaleznie od cieczy jaka zasychala
- na papierze czy mankiecie rekawa – zapisana w jakikolwiek sposob
poezja stawala sie kolorem i dzwiekiem
kalem – plwocina
i surowica
czasami
z jakiejs innej przestrzeni
spada konajaca pszczola
na parapet twojego domu:
i poki – lezac na grzbiecie – rozgrzebuje lepkie jesienne powietrze
ty odrzekasz sie od wszystkich rad jak zapisywac wiersze
bo patrzac: jak przygotowuja sie jachty by porzucic te zatoke
i – jak marynarze – zegnaja sie ze swoimi tymczasowymi kochankami
i – jak rozlewa sie mazut ponizej glowy – jak trup – po wodzie
i – jak tysiace saksofonow – znakami zapytania –
przetwarza w swoich zoladkach zielony kal muzyki
i jak najwlasciwsza struna skrzypiec przebiega elektryczny prad
ktory spopiela najmniejszy opor falszywej nuty
wiesz
ze isc ta kladka
ktora polozyl ksiezyc w pelni
na sprochnialym ciele wody
jest niebezpiecznie
i dlatego kazda rada okaze sie bez sensu
“Zachodni Wiatr”
obrachunki niemal matematyczne
dwaj poczatkujacy poeci (i alkoholicy?)
znalezli jeszcze dwoch poczatkujacych alkoholikow (i poetow?)
i nazwali sie “Zachodnim wiatrem”
podtrzymujac tradycje ukr. poezji “Wiatr. Ukraina. Tyczyna.”
zeby jakos wszystko to wyjasnic
w tym czasie w miescie w ktorym mieszkali zachodzily wazne wydarzenia:
- stale zmienialy sie sztandary co stalo sie przyczyna daltonizmu wiekszosci mieszkancow
- dorastaly maloletnie dziwki bo stare – postarzawszy sie – przeszly na emeryture
- grekokatolicy ruszyli procesja na bizantynskich prawoslawnych a moze odwrotnie
- ceny skakaly jak akrobaci i odczuwalo sie braki spirytusu i papierosow
- na placu Teatralnym amatorzy od teatru kontynuowali swoja niekonczaca sie probe
- aktorzy natomiast siedzieli z poetami i malarzami w knajpach i nudzili sie z braku zajecia
- zdarzenia zmienialy sie tak szybko ze ledwie sie udawalo oproznic butelke i sie wyproznic
- pewnego dnia proklamowano niepodleglosc jednak nie wyjasniono od kogo i od czego
- aktorzy wrocili do teatru malarze – do pracowni a poeci zostali w “Muzie”
dla przyszlych historykow literatury
(kelnerow ktorzy roznosza poezje do zaprenumerowanych stolikow)
chyba jest wazne
kiedy
tych czterech poczulo sie zachodnim wiatrem?
moze – dlatego ze tylko zachodni wiatr wial nad ich miastem?
a moze – dlatego ze chcieli zwiac na Zachod?
naprawde nie wiadomo i nie odnotowano tego w zadnej miejskiej kronice
rozczarowujac przyszlych historykow literatury i znawcow ojczystego kraju
moge powiedziec tylko tyle: to samo odczuwali poeci
przebywajacy w przeciagu wiatrow historii ktora
krecilo jak kurkiem na dachu
kiedy w dupe dziobnal rozzarzony kogut
B.SZCZ.
- odczuwal staly brak papierosow
- gielo go od nieustannego nazywania poetow poetami
- brzydzil sie czlonkow zwiazku i czlonkow w ogole
- nosil w kieszeni chusteczke do nosa – grzebien – i plaska flaszeczke wody kolonskiej
czasami w snach
posrod kamiennej – jak u buldoga –
mordy miasta
bladzil samotny zagladajac od knajpy do knajpy
nie spotykajac zadnego znajomego
uwazal ze poezja – to spirytus
wiec nie mogl zaspokoic pragnienia piciem
H.B.
- czul ze trzeba oszczedzac papierosy wiec nosil po dwie paczki roznych papierosow w roznych kieszeniach; z filtrem dla siebie; bez filtra – dla znajomych
- glosno wolal po imieniu na kelnerow i nucil angielskie piosenki
- pisal po dwa wiersze na rok i czytal z tego po jednej linijce kazdemu kogo spotykal
- biegal po wodke kiedy starsze towarzystwo juz nie zdolaloby podniesc swych przepelnionych alkoholem cial
byl kruchy
jak cienka pajeczynka
znal na pamiec “Ulissesa” i uwazal ze
przezywamy czasy irlandzkiej historii z pocz. XX wieku
dlatego planowal ze zapisze sie do IRA
ale zawsze cos mu w tym przeszkadzalo
W.H.
- odczuwal stale chlod dlatego nawet latem nosil wlosy w stylu The Beatles ale byl pozbawiony muzycznego sluchu
- szlachetnie unikal malarzy uzbrojonych w pedzle i emerytow ktorzy znali sie na malarstwie
- pil malymi lyczkami i nie lubil czytac wierszy w towarzystwie
- znal sie na milosci metafizycznej i dlatego czul sie metafizykiem
mowil
ze jestesmy poetami secesji ze jestesmy poetami przekletymi
lubil wczesny modernizm i wszystko co francuskie
lojikowe obrazy a nasze mniej lub bardziej udane linijki
uwazal za linijki – zas poezje za cos wyzszego
ale w zadnym razie nie za linijki
o mnie kazdy z nich powie z osobna
dlatego – powstrzymam sie od komentarzy
jednak przyszli historycy literatury
powinni wiedziec ze zachodni wiatr to:
czterech profesjonalnych alkoholikow
cztery biale anioly
czterech czarnych glupkow
czterech samotnych mezczyzn
cztery
filizanki z kawa
cztery “muszardowki”
i jedna na wszystkich
poezja
tam przy oknie –
sprzeczajac sie o poezje –
siedzimy wlasnie tacy
kto wie
ten wie
Federico Garcia Lorca
kto wylizuje cieple zoltko ksiezyca
kto pisze o krolu Harlemu
zapomniawszy ksiecia Hamleta
kto przepowiada zielonym drzewom
zielona smierc
i drzacym slowom
ich smierc
drzaca?
miasto ktore on pil – jak wino –
wycieklo przez dziurawe otwory zyl
chlonny papier
wessal atrament – nie pozostawiajac napisanych slow –
wszystkie flety swoimi
metalowymi kiszkami
przetworzyly powietrze na nikczemne dzwieki
a z obrazow Dalego powykrawaly zoladki serca
jednak mogl opowiadac wszystkim o miescie w ktorym
chirurgiczna ingerencja poety
jest nieodzowna
jak strazakom
potrzeba wiecej wody
– moczu w pecherzach –
– sliny w ustach –
w jego miescie mieszkaly krokodyle i dziwki
zielone iguany i chory Afroamerykanow
dojezdzal do Harlemu pociagiem
i patrzyl na krola
ktory palil kubanskie cygara
i puszczal kola dymu nakazujac swoim podwladnym
nie zaczepiac tego cudzoziemca
zapisywal nazwy kawiarni i teatrow
uczyl sie na pamiec numerow ulic
nosil alpejskie gorskie kombinezony
placil muzykom zawsze wiecej niz na to zaslugiwali
i sluchal jazzu jak zaczarowany
kiedy saksofonista
calujac labedzia szyje saksofonu
poblyskiwal zlotymi bransoletami
i kosztownymi pierscieniami
sluchal jazzu w Cotton Clubie
W Harlemie
pod koniec lat dwudziestych
kluby jazzowe mnozyly sie
jak dziwki i marynarze
w portowych miastach
Kastraci
nigdy nie myslalem
ze glos spiewaka operowego
bezposrednio zalezy od wielkosci jego jader
a moze od chemicznego skladu jego spermy
a w ogole nie od dlugosci krtani
i jeszcze jakichs fizjologicznych nafaszerowan
w 17 wieku na scene operowa weszli primo uomo
ktorzy pojawili sie wlasciwie dlatego
ze papiez zabronil spiewania kobietom
a glosow kobiecych bardzo brakowalo
dlatego sprytni spece od opery szybko sie zorientowali
i zaczeli kastrowac chlopcow w tym wieku
kiedy glos podlega mutacji
doszlo do tego ze kastraci o wiele lepiej
wykonywali partie altowe
bo w wyniku kastracji czysty niebianski glos
zostawal na cale zycie
chlopcow z dobrym glosem wybierano
miedzy 8 a 13 rokiem zycia
przed operacja faszerowano ich opium
i umieszczano w wannie z goracym mlekiem
wycinano jadra
i w ten sposob ratowano boski glos
kiedy operacja sie udala primo uomo
zostawal bezplodnym na cale zycie
ale nie impotentem
oczywista korzysc – opera
zyskiwala klasowego spiewaka
a spoleczenstwo pozbywalo sie
jeszcze jednego samca
pojecie grzechu bylo nieobecne
bo swiadomie czy nieswiadomie
sam papiez wywolal te sprawe
swoim zakazem
Ballada o 8 wierszach
stwierdzenie niemieckiego poety Gottfrieda Benna:
o tym ze z kazdego poety zostaje – i to w najlepszym razie – tylko 8 wierszy
:zniecheca do pisania
kiedy nad ranem w nagrzanym komputerze na bialej fladze pilkarskiego boiska
swieci jednookie mrugajace scierwo kursora – samotnego gracza – twojego vis a vis
chwytasz klujace nowojorskie powietrze i myslisz: moze ten Benn to idiota
ktory na starosc wylal swoja zolc na poezje i poetow
pamietajac tylko szeleszczace szczesliwe dziecinstwo?
8 wierszy juz napisales
szepneli jakos: ze napisales wiecej niz 8
mozna odpoczac
ale czemu nie ma pewnosci nawet co do tych osmiu?
Weekend amerykanskiej rodziny
kazdej soboty NN kupuje karte telefoniczna
przewaznie w najblizszym Deli Grocery
ktorego wlascicielami sa Bangladejczycy
i zaoszczedza jednego dolara
po drodze wstepuje
do sklepu z alkoholem
i kupuje
poltoralitrowa butelke Absolutu
i wydaje dwadziescia dolarow
kazdej soboty NN
oprozniwszy prawie litr
odprawia rytual
jak taniec godowy ptakow w dole rzeki
ktora przeplynal na nadmuchanym plastykowym worku
od strony Meksyku – siedem lat temu –
a potem przesiedzial kilka miesiecy w amerykanskim
wiezieniu dla emigrantow
wybiera
kod kraju – kod miasta – i numer telefonu –
zna te liczby na pamiec
wzarly sie niby rdza
moglby nawet nie dzwonic
ale to swiete
kiedy czeka na polaczenie
jego amerykanska zona
- nielegalna emigrantka i gorliwa chrzescijanka –
- i nie mniej chciwa samica –
gotuje obiad
wreszcie slychac dzwonki
z innego zycia
slubna zona
- ktora wypchnela go za ocean
- a teraz sypia od czasu do czasu
z sasiadem
- ktorego zona
tez siedzi na czarno
we Wloszech –
caly czas skarzy sie na
zla jakosc telefonicznego
polaczenia
zapytawszy
o zdrowie
dzieci
pieniadze
niczego nie zycza
jedno drugiemu
i niczego
nie wymagaja od siebie
przez ostatnie dwa lata w ich
rozmowach nie ma nawet aluzji
do slownej gry erotycznej
ale – jakies aluzje –
jakies slowne znaki
znane – z zasady –
tylko im
sucho:
o pieniadzach
dzieciach
zdrowiu
zakonczywszy
rozmowe NN tepo patrzy
na zolta sciane
ulubiony kolor
wlasciciela domu
a jego amerykanska zona
juz wybiera numer telefonu
zeby dodzwonic sie
do swojego domu
jak zawsze daje polecenia
mezowi
pyta
o dzieci i wnuki
i cicho
- zeby nie slyszal NN –
wyplakuje sie w sitko sluchawki
corce
a potem
dlugo zajmuja sie seksem
hip–hop
za to wyrwane z miesem serce
za pragnienie zeby zyc po ludzku
i za zycie
jak sie uda
hip–hop
za dobrowolne wiezienne uwiezienie:
za ten one way ticket;
za te zarobiona forse;
za te stracone uczucia;
za to
nikomu nie potrzebne
poswiecenie
hip–hop
hip–hop
hip–hop
Smoking room
w miejscach do palenia
czlowiek czytajacy
odkrywa dla siebie czlowieka piszacego
napisy (przewaznie) anonimowe
banalne
glupie
i nieprzyzwoite
ale prawdziwe
– jak encyklopedyczne
hasla –
nie da sie zaprzeczyc
to wszystko napisali
encyklopedysci
bez znaczenia:
ze metafory
niewymyslne
formy
uproszczone
stwierdzenia: lakoniczne
jednak pelne
szczerosci
i mowionej poezji
byc moze wazniejsze
ze
„ tu byli pozzo, wladymir i estragon”
przekreslone
i dodane: „wszyscy oni pocy”
i jeszcze „becket ch...”
bo wszystkich ich zmusil
do czekania na Godota
ktory i tak sie nie zjawil
“teatr – absurd” – slusznie
“swiat–teatr – wszyscy ludzie to kurwy”
moze i tak
nie przejmujac sie kaligrafia
ktos informuje
“L.A. Daje w kazdy wtorek tel. 235–76–51”
nizej ktos poprawil
“nie daje a bierze do...”
moze obydwaj juz skorzystali
z jej uslug
wiec chetnie
informuja innych
banaly typu:
“zina kocham ciebie” (bez wolacza)
czy “chce sie z toba p...”
jakos wzruszaja do lez
mile wierszyki
z pornograficznymi graffiti
starannie ozdobione
kuszacymi komentarzami
leksykon wiedzy tajemnej
i potajemnych pragnien
(przewaznie po rosyjsku)
przemieszany
z folklorem wieziennym
i kodeksem honorowym
kazdego prawdziwego faceta
z rzuconym przez zeby
“kur, bede”
zamyka
to panneau
w stylu Pollocka
miejsca na napisy
nie brakuje,
mozna dodac cos
od siebie:
“duren”
“sam jestes duren”
“kastrat i pederaaasta”
“sam taki jestes”
te niewymuszone
dialogi
czlowieka myslacego
i jednoczesnie piszacego
przeszly
do
Internetu
z niewinnym apelem
“A pan odwiedzil juz Czat na stronie...?”
ale tam nie popalisz
ale jesli nigdy
panstwo nie palili
to Smoking room
bedzie dla was
tylko palarnia
zamknieta strefa
tabu
choc dla innej
czesci ludzkosci
biblioteka
miejscem w ktorym sie czyta
i tworzy
Teoria i praktyka przekladu
po wiezy Babel wszystko trzeba przekladac
z pustego w prozne
z innego jezyka na inny
jakby ubierac naga pieknosc w inne ubranie
nie niszczac jednak jej formy: kraglych ud – czerwonych smoczkow piersi –
odkorkowujac flakon jej ciala tak by nie wywietrzal zapach
wszyscy (czy prawie wszyscy) ukrainscy poeci (i nie poeci) ktorzy znaja polski
rzucili sie do przekladania wspolczesnej polskiej poezji
bo moda na polska poezje na Ukrainie sie zwieksza
jak i na ukrainska w Polsce
przy koncu lat osiemdziesiatych kupiwszy w Krakowie tomik Milosza
na ktory wydalem kilkadziesiat tysiecy zlotych
zrozumialem ze zagranica ksiazki sa bardzo drogie
Milosz juz byl Noblem (Nobel nigdy nie bedzie Miloszem)
– co za roznica –
z cieniutkim tomikiem ktory pierwszy raz wydano w Polsce
bylo zbyt wiele problemow
bo pogranicznicy byli jeszcze radzieccy a Milosz byl polskim emigrantem
w dodatku antykomunista
trzeba bylo dobrze ukryc jego Kroniki przed wytresowanymi
poszukiwaczami wszelkiej antyradzieckosci
Milosza udalo sie przewiezc jak kontrabande
Zbigniewa Herberta w ogole nie mozna bylo wtedy zdobyc
w polskich ksiegarniach
tak samo nie istnial w radzieckiej przestrzeni
Szymborska i Rozewicz byli od czasu do czasu przekladani – bodaj na rosyjski –
ale Herbert stanowil tabu
potem przyslano mi kilka jego ksiazek
i naciagnalem strune swiatla na ukrainskie skrzypce
ale one nie moga grac polskich dzwiekow – polskie struny
trzeba bylo okrecic izolacyjna miedzia ukrainskiego
co dalo pretekst D. pewnemu tlumaczowi z polskiego do rozwazan o
adekwatnosci przekladu: sam przez cale zycie przekladal rzetelnie – jak uczen – proze
ale teraz zabral sie za poezje...
zeby spotkac sie z Ashberym czy O'Hara nie warto jechac do Nowego Jorku
trzeba tylko przejechac przez granice ukrainsko–polska
i wystarczy spotkac Zadure czy kogos z jego kompanii
albo przeczytac wiersz Slowenca Czucznika “Polskim O'Harystom”
i przyjac jak eucharystie
z Januszem Szuberem i jego eks-sierzantem udalo mi sie przemierzyc
cala Ameryke
zeby potem zostac tam samemu
i naprawde pojac jaka ona jest wielka!
(terytorialnie)
bo inne wiersze Janusza przesiakly zapachem sera –
baranim lojem
szczekaniem owczarkow –
ktore – jak nocni stroze – pilnuja jego inwalidzkiego wozka
kazdy kto przeklada poezje napotyka na opor innego jezyka
ich wszystkich mozna oskarzyc z paragrafu Kodeksu Karnego o gwalt
bo kto tak jak oni obmacuje cialo wiersza – suche zebra strof
za kazdym razem odmladzajaca operacja plastyczna
niesie ryzyko iz zakonczy sie fiaskiem
a pieknosc – top modelka
zmieni sie w gruba dziwke
jednak dzisiaj – na to wyglada –
coraz czesciej chlopcy i dziewczatka–wiersze
z metalowymi klamerkami we wszystkich czesciach ciala szwendaja sie po literaturach
i wcale sie nie przejmuja
ze kiedys nie uratuje ich zadna plastyczna operacja
wybral i przelozyl Bohdan Zadura |