/Home Page
/The biography
/Criticism
/News
/Photogallery
'/Interview
/Contact
/Link
 
 
 

Park kultury i wypoczynku imienia Gertrudy Stein


Stajnia Gertrudy Stein

Kiedys w jednym z krajow parki w miastach nazywano parkami kultury i wypoczynku, jesli co do wypoczynku wszystko bylo zrozumiale, to z kultura wychodzilo jakos nie calkiem tak, bo oprocz letniej estrady, gdzie od czasu do czasu grzmiala bardzo popularna wtedy deta muzyka; kregu tanecznego, do ktorego ludzie schodzili sie z wszystkich krancow miasta i o polnocy konczylo sie z reguly bojka oraz kilku drewnianych kioskow, w ktorych sprzedawano takze na kieliszki samo pojecie kultura niezbyt odpowiadalo miejscu o nazwie park. Zawsze czemus mi sie wydawalo, ze kultura bardziej pasuje do takich slow jak biblioteka, teatr, muzeum itp.
Kraju, o ktorym tu byla mowa, juz nie ma, ale parki istnieja i maja jedna i te sama funkcje upiekszac miasto, gromadzic ludzi pod drzewami, rozposcierac zielony dywan przed dziecmi i spryskiwac je woda z fontann. Jakkolwiek sie nazywaja.
Za fasada Biblioteki Publicznej w Bryant Park, nazwanym tak na czesc poety Williama Bryanta (17941878), miedzy szarym budynkiem biblioteki a zielona polana, na ktorej chaotycznie rozrzucono setki metalowych stolikow i krzesel, usadowila sie na szarawym kamieniu po domowemu prostowlosa babcia Gertruda Stein, podkuliwszy pod siebie nogi, lekko usmiechnieta. To ona zalozyla artystyczny salon w Paryzu, ktorego uczestnikami byli mlodzi amerykanscy i francuscy artysci. To ona usilowala przywrocic pierwotne znaczenie slowom i cwiczyla z roza, nie byla ogrodnikiem ani amatorka kwiaciarstwa, byla miedzianym drutem wspolczesnego jej jezyka artystycznego, przewodzacym zwyczajne slowa w uporzadkowanym strumieniu artystycznego aktu. Na swoj uzytek nazywam ten park parkiem imienia Gertrudy Stein.
W Nowym Jorku Gertruda Stein istnieje w dwoch artystycznych formach: rzezbiarskiej, o ktorej byla juz mowa wczesniej, i malarskiej: Portret Gertrudy Stein (1906) autorstwa Pabla Picassa przechowywany jest w nowojorskim Metropolitan Museum.
Hemingway lapal w Paryzu golebie, zeby przezyc to legenda powszechnie znana, przyjazd do Paryza byl wowczas dla mlodej amerykanskiej elity zawinieciem do innej przestrzeni, w ktorej wirowaly wiatry modernistycznych kierunkow, to bylo miasto przyciagajacej i magnetycznej sily, magmy kolorow i dzwiekow, ktora przetrwala, jak zloty haft na plotnach i w tekstach tamtego czasu. W Europie wowczas cos sie dzialo, w Europie zawsze cos sie dzialo.
Salon Gertrudy Stein przepelniala atmosfera zmiany, modernizm szukal nowych srodkow wyrazu, a nowe tworzyli mlodzi. Amerykanska kultura, zdawalo sie, ominela najwazniejsze fazy rozwoju, ktos zmuszony byl to skompensowac, bo literatura angielska nie uwazala sie wlasciwie za amerykanska, tymi najwazniejszymi postaciami, ktore zapoczatkowaly wlasnie model amerykanski byli Walt Whitman i Edgar Allan Poe. To byli poeci wyraznie kulturologicznej przestrzeni, bo po pierwsze, nie mieli nic wspolnego z kultura indianska, ktora odrzucono, nie nalezeli tez do tradycji europejskiej, ktora zanikala sama z siebie; po drugie, niestety, ani pierwszy ani drugi model nie zdolaly sie pojednac ani przetworzyc na jakis nowozytny stop, jak to na przyklad stalo sie z modelem hiszpanskim i indianskim, ktore o dziwo wzajemnie sie dopelnily z tego wzajemnego przenikniecia powstal fenomen latynoamerykanski. Jednak zadna z nowo zaszczepionych galezi nowej amerykanskiej kultury nie mogla obyc sie bez europejskiego gruntu. swiatowa dominanta europejskiej cywilizacji to ten kanon, na ktorym utrzymaly sie i rozrosly nowozytne kultury angloamerykanska i iberoamerykanska. Dosc otwarcie pisal o tym Octavio Paz, analizujac swoje dziwne poczucie jako pisarza meksykanskiego, bedacego jednoczesnie takze tworca swiata latynoamerykanskiego, z ktorym laczy go wspolnota jezyka hiszpanskiego, a wiec okreslony jest nie tylko przez konkretna geograficzna przestrzen, ale i przestrzen jezykowej komunikacji.
Europa zaczela przyciagac do siebie Amerykanow juz na poczatku dwudziestego stulecia, kiedy Ezra Pound i T.S.Eliot zmienili miejsce zamieszkania i na dlugo pozostali w Europie; nie bylo wina Pounda, ze z wiadomych przyczyn porzucil na pewien czas Europe, aby znow do niej wrocic. Gertruda Stein dlugo przebywajaca w Paryzu, przyciagnela wielu z przedstawicieli straconego pokolenia (salon, ktory sluzyl jako miejsce omawiania nowych idei, bez watpienia mozna nazwac stajnia, a mlodych pozeraczy modernizmu mlodymi zrebietami modernizmu) i wlasnie dlatego Hemingway mial mozliwosc sprobowania paryskich golebi, zgubienia rekopisu prozy i tomiku wierszy, co nie jest najtragiczniejsze, bo jednoczesnie poczul powietrze artystycznej stolicy swiata, jaka w owym czasie byl Paryz. W Europie zawsze cos sie dzialo i w porownaniu z nia Ameryka wygladala na prowincje; byc moze probowala zapomniec o swoim pochodzeniu, o ktorym Europejczycy czasami jej przypominali.
W drugiej polowie dwudziestego wieku znow Europejczycy rzadzili myslami mlodziezy lat 60, dlatego nowozytna religia spod znaku Sartrea i Camusa przerzucala sie pilka, jak na pilkarskim meczu, z podobnymi osiagnieciami beatkultury w Ameryce. Teraz bylo znacznie mniej tych, ktorzy chcieliby na dlugo zamieszkac w Europie, ale mlodzi nowojorscy poeci w szczegolnosci John Ashbery jechali do Francji i lepki miod francuskiego surrealizmu i wyrafinowany zapach perfum Coco Chanel przenikaly formalne poszukiwania mlodej amerykanskiej poezji.

Szkola nowojorska:

Z jakiegos powodu amerykanska nowojorska szkola poetow jest mniej znana (zwlaszcza na Ukrainie) niz ich rowiesnicy z grupy Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca, stanowiacy jakby druga, przeciwwazna szalke owczesnej poetyckiej estetyki, choc idea byla wspolna: rozchwiac akademizm, umasowic poezje, nadac jej spoleczne znaczenie, te rewolucje w swiadomosci owczesnej mlodziezy zaczely sie od zaprzeczenia i samoutwierdzenia zwlaszcza w przypadku beatnikow czy hippisow. Szkola nowojorska tworzyla powojenny pejzaz amerykanskiej poezji razem z W.H.Audenem, Robertem Lovellem, Allenem Ginsbergiem
ktory swe wiersze budowal ze strumieni potocznej mowy, roznych tradycji kulturalnych, od zydowskich po hinduskie, staral sie udzwieczniac roznymi instrumentami czytanie swoich wierszy, cos na wzor spiewanej poezji rosyjskiej. Albo tez grac role spolecznego rzecznika, przekladajac swoje odczucia na hippisowskie ruchy pokolenia 1969. W roku jego smierci polska telewizja pokazala dokumentalny film o pobycie Ginsberga wsrod czytelnikow jego wierszy w Polsce, nie pamietam, w jakim miescie odbywal sie jego wieczor poetycki, ale uderzyl mnie sam sposob czytania, przed poeta lezal jakis instrument, przypominajacy cytre albo nasza starodawna kobze, on cos dlugo wyjasnial sluchaczom, w tym czasie wprowadzajac sie w niezbedny mu stan recytatywne czytanie, wybijanie taktu na drewnianym korpusie instrumentu, wydawalo sie, ze ginsbergowskie linijki sa dluzsze od heksametru Homera, pol przymkniete oczy i pelne odizolowanie sie od sali, przy tym nienaturalna swiadomosc przypominaly seans spirytystyczny. Ginsberg buntowal przeciw stereotypowosci, uzywajac steretypowosci jako podstawy swojej estetyki. W malarstwie takze panowal duch stereotypu, uzytkowosci, tworzenia masowego wizualnego obrazu, ktory by rozpoznawano, ktory musial byc znakiem tej epoki, Andy Warhol podniosl rzemioslo malarza na nowy stopien, zastosowawszy techniczne mozliwosci swego czasu, do poziomu odczytywania masowej psychozy, dysponujac darem stworzenia nowozytnej Giocondy znanego portretu Marilin Monroe.
Przejdzmy jednak do poetow szkoly nowojorskiej, ktorym takze przyszlo w polowie lat 50. poczatku 60. uwyraznic swoja obecnoscia pejzaz literacki, mam nadzieje, ze nie tylko literacki, bo ich model zycia artystycznego przypominal calkiem znanych adresatow francuskich modernistow z poczatku 20 stulecia, ktorzy wlasnie zalozyli dla nastepcow model, gdzie tworcy i poeci szerzej pisarze tworza jedyne wakuum dla obcowania i wowczas pojawiaja sie obrazy sprowokowane przez teksty, artysci pisza rowniez wiersze, ilustruja poetom ksiazki itd. Nowojorczycy przyjaznili sie nie tylko z artystami, zwlaszcza w Willemem de Koonigiem, Larrym Riversem, Jane Freilicher, Fairfieldem Porterem, Grace Hartigen, byli tez uczestnikami eksperymentalnych zdarzen teatralnych, w ten sposob poszerzajac sfery funkcjonowania poezji.
W jednej z ksiegarn na Manhattanie, w ktorej odbywaja sie poetyckie wieczory, gdzie zawsze cos mozna zamowic z lekkich alkoholi, nawet w trakcie czytania wierszy, gdzie nad glowami sluchaczy wisza szerokie kwadratowe rury owiniete izolacja, lampy z szerokimi plafonami, niby ogrody Semiramidy, za niewysokim podwyzszeniem, na ktorym przygotowany jest mikrofon i gdzie beda czytac poeci toaleta, do ktorej zawsze sie zachodzi, zwlaszcza po kilku butelkach piwa atmosfera naprawde amerykanska, a obok ksiazki na dwoch pietrach, na drugim pietrze ktos nieustannie oglada ksiazki, bo suche dawno niemalowane drewno skrzypi pod ciezarem ciala, ktos tam czegos szuka, ksiazkowy drewniany statek, na ktorego mostku kazdy czuje sie kapitanem. Na scianach stare plakaty, pisane recznie ogloszenia, w jakims miejscu wydane wlasnym nakladem tomiki manhattanskich poetow (bo kto inny tutaj zachodzi, nie ze stanu Georgia, jasne? ... chociaz...), wszedzie fotografie, w oblazlych od czasu zoltych metalowych ramkach, oryginaly i kopie, przewaznie z lat 50. 60. , rozpoznawalne po stylu ubioru i uczesania, zdjecia czarnobiale. W takich sklepach mozna spotkac znajome twarze, uznawane za poetow tego swiata oto i Allen Ginsberg, John Ashbery (moze sie myle) siedza wraz z Eugenio Montale, a oto fotka ze znana w latach 60. hollywoodzka gwiazda filmowa, ktora odwiedzala ten sklep, dalej na scianach z czerwonej cegly kilka urbanistycznych pejzazy Nowego Jorku.
W niedawno wydanej ksiazce o tej grupie poeta i krytyk David Legman nazywa nowojorska szkole ostatnimi awangardzistami, jacy wywodza swoj rodowod z europejskiego modernizmu, no i rzecz jasna od kilku amerykanskich poetowpoprzednikow Williama Carlosa Williamsa, Wallacea Stevensa i innych. Z tej czworki: John Ashbery, Frank OHara, Kenneth Koch i James Schuyler trzej OHara, Schuyler i Koch juz niestety nie zyja.
Kiedys uczestnik grupy nowojorskiej Bogdan Rubczak, podazajacy labiryntami amerykanskiej poezji w artykule Parnas do gory nogami: przewodnik po labiryntach nowej poezji amerykanskiej (1972) niby topograf nakreslil mape amerykanskiej poezji i mnie jest teraz latwiej isc jego tropem, inny z GNJ Bogdan Bojczuk, wiozac mnie autem trzeciego dnia po moim przylocie do Ameryki rzeczywistymi labiryntami Manhattanu, na moje pytanie o amerykanska poezje odpowiedzial: Kiedys bylo kilku poetow, ktorych znala cala Ameryka, a teraz ich tylu... I rzeczywiscie pion, i poziom, i jeszcze undergound artystycznego zycia Nowego Jorku sa na tyle wszechstronne, ze nigdy nie opuszcza cie uczucie, ze w kazdej chwili ktos czyta wiersze przed publicznoscia, gdzie nie mozesz byc fizycznie obecny, a wiec wychodzi na to, ze Nowy Jork to najbardziej poetyckie miasto swiata, ale poetycka masa udzwiekowionych linijek podzielona przez liczbe mieszkancow nasuwa przeciwna mysl Nowy Jork jest najmniej poetyckim miastem na swiecie i teraz twoja zagubiona w przestrzeni tarnopolska Muza, ktorej sciany dekorowala nie mniej liczna ilosc wierszy i papierosowego dymu, na stole ktorej przelalo sie tyle pitnego miodu, w ktorej wywietrzala i rozlala sie na serwetki mlodosc, ktora slyszala pobrzek ostatnich monet, jakimi uderzano o stoly, zeby cos jeszcze zamowic byc moze byla i jest najbardziej poetyckim miejscem, jednozaglowym statkiem, ktory nieustannie plynie z wiecznosci w wiecznosc
Czy warto przypominac poetow, dla ktorych Nowy Jork stal sie czescia ich wewnetrznej biografii i czescia mitu o tym miescie i mitem upadku mitu: Lorka, Majakowski, Breton, Ginsberg, Grupa Nowojorska: Ashbery, OHara, Koch, Schuyler, Brodski, ukrainska NJG: Bojczuk, Tarnawskij, Rubczak....Nie mowiac juz o poetach roznych narodowosci, ktorzy chaotycznie zjawiaja sie, jak motyle, i przywieraja do lepkiego potoku swojej mowy i w nim sie roztapiaja, nigdy nie stawszy sie czescia amerykanskiej kultury, nawet nie pragnac sie nia stac, pisza po filipinsku, w hindi, po polsku, rumunsku, ukrainsku, rosyjsku, hiszpansku, portugalsku, francusku, niemiecku, serbsku, chorwacku, slowensku, grecku i nigdy nie napisza ani linijki po angielsku, bo nawet opanowawszy jezyk nie powiedza o rozy piekniej niz w tym jezyku, w ktorym roze nazwali roza. A jeszcze jest wielka liczba poetow, wlasnie amerykanskich, ktorzy nigdy nie wydrukowali ani linijki w zadnym z prestizowych pism literackich, do starosci przedrukowuja swoje wiersze na unikatowych drukarskich maszynach i czytaja jeden drugiemu w jakims barze w East Village, West Village czy Greenwich Village, albo w Soho, Up Town czy Down Town, a jeszcze jest wielka liczba Afroamerykanow, ktorzy tworza specyficzne formy kultury i literatury takze, i jeszcze literatura homoseksualistow i lesbijek, a jeszcze i calkiem wedrowne ptaki z calego swiata, ktore chca choc raz posiedziec w jakiejs restauracji w Little Italy, przejsc sie Broadwayem, posiedziec na wybrzezu Coney Island, powloczyc sie po galeriach Soho.

Korespondujacy ze mna wlasnie wtedy, kiedy bylo mi najciezej (w pierwsze miesiace amerykanskiego doswiadczenia) moj angielski przyjaciel poeta Richard Burns, ktory mieszka w Cambridge, w Anglii i kazdego roku lata niemal na wszystkie festiwale literackie (ostatniego emaila przyslal mi z Paryza) zapytal mnie, czy juz poznalem Johna Ashberyego, na wszelki wypadek wyslawszy mi adresy i telefony wszystkich swoich amerykanskich znajomych poetow i profesorow literatury,
Zatelefonowalem do mieszkania Ashberyego, ktore miesci sie przy 22 Ulicy, wyjasnilem, kim jestem i czego chce: Im from Ukraine, my friend is Richard Burns.. I want... Ok. odpowiada Ashbery, chwila wydluzajacej sie pauzy...
Ashberyego uwazaja za Europejczyka w amerykanskiej poezji, byc moze, za klasyka, choc jeden z tutejszych profesorow powiedzial, ze nie ma pewnosci, czy klasykiem jest Robert Frost. Ashbery przezyl od 1958 do 1965 roku w Paryzu, szukal sladow straconego pokolenia, czy tak zrzadzil los? Zazwyczaj jego nazwisku czesto towarzysza cienie wielkich poprzednikow: Yeatsa, Stein, Eliota, Apolinairea, Audena.
Arystokratyczna postawa, wysoki wzrost, bystre i jednoczesnie rozproszone spojrzenie; w mieszkaniu na 22 Ulicy Ashbery przypominal mi rybe, ktora powoli porusza sie w swej zyciowej przestrzeni, gdzie wszedzie czasopisma literackie, gazety, tysiace teczek. Na scianach obrazy artystowprzyjaciol z czasow mlodosci.
Dotad Ashbery, jak mowia zrodla literackie, mieszka pomiedzy Nowym Jorkiem a miasteczkiem Hudson w stanie Nowy Jork, gdzie jeszcze w 1978 kupil maly dom, najwiekszy wplyw na uksztaltowanie sie jego osobowosci wywarl dziadek profesor fizyki i studia w latach 50. w Harvardzie, gdzie wlasnie poznal OHare, Kocha i Schuylera. Biografowie czesto zwracaja uwage, ze pierwsza ksiazka Ashberyego ukazala sie w prestizowej serii Yale Younger Poets Series, ktora opiekowal sie sam Auden. Jednak jakakolwiek statystyka, powiedzmy, liczba poetyckich zbiorow (19), nagrod, lacznie z Pulitzerem, itp nie da nam wyobrazenia o Ashberym i jego przyjaciolach oraz ich miejscu w powojennej poezji amerykanskiej, jesli nie uswiadomimy sobie jednej rzeczy: szkola nowojorska to inna forma sztuki i inna forma ruchu spolecznego.
Na czym wlasciwie zasadza sie awangardowosc Ashberyego i jego przyjaciol ze szkoly? na pewno na odczuciu ogolnych procesow dehumanizacji tworczosci, rozerwaniu procesu komunikacji pomiedzy tekstem a odbiorca, rozmytych i zaburzonych stosunkach w spoleczenstwie i sztuce, konflikcie miedzy moralnoscia i formami zycia, wyborem i mozliwosciami wyboru, miedzy tragizmem swiata a tragizmem poszczegolnej jednostki. To dlatego w jego tekstach jednoczesnie wchodza do gry: ironia i elegijnosc.

Zielone wzgorza Irlandii Jean Valentine

Kiedys moj dawny przyjaciel na moja prosbe kupil w kijowskiej ksiegarni, w ktorej sprzedawano wylacznie zagraniczna literature, tomik nieznanej mi amerykanskiej poetki Jean Valentine. Ksiazka dlugo przelezala w mojej bibliotece, zanim nie zabralem sie do niej ze slownikiem, zeby cos przetlumaczyc. W Nowym Jorku szukajac jakiegos towarzystwa na poczatek, wyszukalem w Internecie jej telefon.
Byla nowojorska zima, pierwsza moja amerykanska zima, niespokojna, z silnymi wiatrami, z dymami, ktore przesaczaja sie przez otwory miejskiej kanalizacji, zima dziwnych odczuc i autoanalizy, bezladnych emocji i depresji. Idac na spotkanie do Jean w ogole nie wyobrazalem sobie, o czym bedziemy rozmawiali, ona zaprowadzila mnie do najblizszej restauracji, jedlismy, pili kawe, Jean starala sie powoli wymawiac slowa, abym mogl zrozumiec, o czym mowi.
Irlandia obecna jest w jej najnowszej ksiazce jako metaprzestrzen, choc w rozmowie, kiedy spytalem o znaczenie tej przestrzeni w jej tworczosci w ogole, odpowiedziala, ze mieszkala w Irlandii kilka lat i stad fale zatoki Sligo na polnocnym zachodzie tego kraju od czasu do czasu szumia takze miedzy brzegami jej wolnych wierszy. Kazda jej ksiazka to poglebione autorefleksje stanow psychicznych, to osiaganie filozoficznej wiedzy, wychodzace ze zwatpienia, ze taka wiedza w ogole istnieje.
Jean Velentine troszczy sie o poetycki obraz, o metafore, zwiezlosc wyslowienia; krotka forma wolnego wiersza, algorytmy wewnetrznego zycia wypelniaja przestrzen i materie jej utwrow. Niezwykle ciekawe jest porownanie jej dwoch ksiazek Pilgrims, wydanej jeszcze w latach 60. i Candle of Real Life najnowszego zbioru; mam takie wrazenie, ze poetka nie zmienila formy poetyckiego myslenia (poglebionego patrzenia poprzez wlasny swiat na caly swiat i wszechswiat), ale zmienily sie poetyckie realia, jej wedrowki przez kultury, przez ciagi nowozytnych wizualizacji, przez glowne slangi amerykanskiej kultury od lat 60. do 90.:

Piaszczysta droga, jasnozielona dwujezyczna jaszczurka
slabe swiatlo na tej drodze

pioro napisalo to samo
ta mgla plynie sama z siebie

nienasycenie pije swoje sny
ktore takze mnie pija

Kto mnie nauczyl wiedzy zamiast niewiedzy?
To pioro ta mysl

mysl ktora przycupnela na stole
smyczek ktory lezy na strunach

nie poruszajac sie
pauza

Poezja w Ameryce jest wszechobecna: w napietych strunach nowojorskich mostow, ktore zszywaja plotno Manhattanu z innymi wyspami, to czasem ona jest metalowa nitka, ktora zaszywa twoj jezyk.
Jednak to pierwsze i bardzo powierzchowne wrazenie o Ameryce i poezji, bo w porze babiego lata w powietrzu przelatuja takze nitki pajeczyny.
Wsrod paru ulubionych miejsc Bryant Park, na tylach Biblioteki Publicznej, w tym parku najmniej jest studentow czy miejscowych profesorow, wiekszosc to przypadkowi przechodnie, ktorzy postanowili odpoczac, lumpowskiego ludku takze pod dostatkiem, byc moze niektorzy z nich nie roznia sie tak bardzo wygladem od ukrainskich braci, proszac o jalmuzne, zwracajac sie poczciwie Change, sir, kolyszac plastykowa banka z zebranymi wczesniej monetami jedna reka, a druga poprawiajac sluchawki odtwarzacza CD.
To miasto jest labiryntem, Nowy Jork to labirynt z czytelnie rozrysowanymi liniami ulic i alej, nie mniej tajemniczy z licznymi pubami, barami i kawiarniami, gdzie za grubo ciosanym stolem, wsrod zapachu swiezych trocin, papierosowego dymu, ktos czyta w proznie wiersze. Wiek kawiarni, ktora jednoczesnie sluzy jako klub, artystyczny okret, miejsce czytania i sluchania poezji, okresla stopien wytarcia podlogi zbieznosc z wytartymi dzinsami symbolem nowego czasu; okna i drzwi z reguly zabezpieczone kutymi kratami; dzwonek kiedy wchodzisz do pomieszczenia, przyjmujesz jak przypomnienie znanej frazy Johna Donnea, wykorzystanej przez tegoz Hemingwaya. Skrzypiace drewniane schody i z wysokosci poltora pietrowego budynku patrzysz na przypadkowych przechodniow i zaparkowane samochody.
Grudzien. snieg. Deszcz. Niedziela. Na waziutkiej uliczce marzna w kolejce ludzie, to przewaznie Irlandczycy, albo niezaleznie od narodowosci spragnieni piwa i towarzystwa miejscowi piwosze, kultura piwa przywieziona przez Irlandczykow szybko znalazla swoich zwolennikow, czekaja, ze zwolni sie miejsce i bedzie mozna wejsc tam, gdzie glosne spiewy, rechot, muzyka, ostry zapach roznych gatunkow piwa,, rozmawiaja z ozywieniem, postukuja butami o oblodzony asfalt.
Pewien czeski rezyser filmowy, lowca ptakow i milosnik lotow nad kukulczymi gniazdami, powiedzial cos takiego, ze kazdy ma co najmniej dwie ojczyzny; miejsce, gdzie sie urodzil i Ameryke. Naturalnie, daleki jestem od doslownego traktowania tej mysli, bo Ameryka to czesc zycia, lecz zycia w tak istotny sposob innego, ze w zaden sposob ojczyzna byc nie moze, ale bez niej swiadomosc ojczyzny nie bylaby przeciez taka ostra jak teraz; jednak w tym powiedzeniu niezaleznie od jego paradoksalnosci i kosmopolityzmu ukryta jest idea globalizacji wspolczesnego zycia, o ktorej tak wiele sie wlasnie teraz mowi, a takze idea niepowstrzymanego pragnienia czlowieka do porownywania i znajdowania plusow i minusow we wszystkim. A takze uznanie, wbrew sprzeciwom, wbrew protestom, ze Ameryka we wspolczesnym modelu naszej cywilizacji jest sila przyciagajaca; czy ktos ja kocha czy nie, stara Europa od dawna plynie w korycie wyrytym przez mloda energie Ameryki.
Przechadzki po parku kultury i wypoczynku, w troche wypaczonym czasie i przestrzeni, sklaniaja do rozmyslan, czasem paradoksalnych, ze jedna z cech ludzkiego odczucia kultury jako zjawiska jest to, ze daje nam ona mozliwosc przeskakiwac przez kaluze jak pierwszoklasista.
Przechadzki sa starym juz gatunkiem czy forma literacka, wykorzystal ja kiedys Szewczenko przechadzajac sie z zadowoleniem i nie bez moralu i Abram Terc przechadzajac sie tak samo z Puszkinem. Wazne, zeby wybrac dostojnego wspolrozmowce, ciekawy temat i ladny park.
To pierwsze kolo, jakie zrobilismy z toba, czytelniku, po parku Gertrudy Stein i pogadali o amerykanskiej poezji, tych kol trzeba by nakrecic wiele, zatem odpocznijmy w cieniu brazowej Gertrudy Stein.

Tlum. Bohdan Zadura

 
© i . i i : http://vasylmakhno.us
 

Design by: Serge P.Philonenko, 2006
http://philonenko.dp.ua